czwartek, 26 lutego 2015

Opowiadanie czternaste, ręką Vivi

   Savoir-vivre jest tym typem lekcji, na którym wystarczy mieć uroczy uśmiech by dostać piątkę. Tyle, że z tym zawsze jest pewien problem... Nie grzeszę zbyt częstym uśmiechaniem się. Co nie sprawia, że nie lubię tego przedmiotu, po prostu mam z niego 4.
   Anabelles złapała mnie za ramię i zaczęła powoli, lecz stanowczo ciągnąć w stronę sali lekcyjnej. Nie opierałam się jej, bo mam już doświadczenie i wiem, jak by się to skończyło. Podczas biegu musiałam jednak siłą przekonać moją spódniczkę, by poddała się grawitacji. Do sali wbiegłyśmy równo z dzwonkiem.
   Profesor Rowen już nas oczekiwał, był znany ze swej wręcz przerażającej punktualności. Spojrzał na nas i skinął głową na nasze miejsce. Spojrzałyśmy po sobie z Ann i usiadłyśmy. Reszta klasy była tam już wcześniej, byłyśmy ostatnie.  Nauczyciel przebiegł po nas wzrokiem i klasnął w dłonie ogłaszając rozpoczęcie lekcji. Odwrócił się do nas plecami, co było poniekąd nietypowe i wniósł całkiem spory stół, na którym ułożone było kilka kawałków materiału, kilka naczyń i koszyk ze sztućcami.
  - Dobrze kochani, zapewne domyślacie się, co będziemy dzisiaj robić (Ferb, ja wiem) - niestety, wypowiedzi profesora odpowiedziała głucha cisza. - Otóż, dzisiaj nauczę was nakrywać stoły jak profesjonaliści. Spójrzcie.
  Chwycił delikatnie koszyczek i naczynia i położył je na podłodze. Później złapał materiał, który później okazał się obrusem i jednym machnięciem dłoni idealnie nakrył stół. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął kilka czerwonych jak krew chusteczek, które ułożył przed każdym krzesłem. Podniósł talerze i ułożył je (kto by się spodziewał!?) na tychże chusteczkach. Później wziął do dłoni koszyczek i wyjmował jeden widelczyk, nożyk, łyżeczkę po kolei i układał je wokół talerzy z prędkością światła. Gdy już skończył, spojrzał na nas.
  - To jak, ktoś powtórzy? - uśmiechnął się szarmancko.
   Ku jego zdziwieniu z ławki podniosła się Shannon. Oszołomiony przywrócił zastawę do pierwotnego stanu. Dziewczyna podeszła do niego i powtórzyła wszystko bez mrugnięcia okiem. Profesor był oszołomiony do tego stopnia, że przesiedzieliśmy całą lekcję w pseudo "milczeniu". Dzwonek zadzwonił przyjęty przez nas entuzjastycznie, a nawet nie zauważony przez nauczyciela.
   Wyszłyśmy na korytarz z oczami wlepionymi w Shannon.
  - Co teraz? - spojrzała na mnie pytająco Ann.
   Nie usłyszałam pytania, a nawet jeśli bym to zrobiła, to nie miałam najmniejszego pojęcia O najbliższej godzinie.
  - Co teraz? - spytałam po dłuższej przerwie. Anabelles spojrzała na mnie z wyraźnym poirytowaniem.
<Anabelles? Sry, ale pisałam to po #rozmowie z Mikim i jednocześnie słuchałam ansłerów Namae na pytania od publiczności, czyli w skrócie - rozproszenie 99% i kreatywność 1%>

środa, 25 lutego 2015

Opowiadanie trzynaste, ręką Anabelles

   Naleśnik z głośnym plaśnięciem wylądował na podłodze. Zaklęłam szpetnie, po czym podniosłam go i położyłam w roztargnieniu na talerz. Rozlałam ciasto na patelni i odwróciłam się do Viv. Ona gapiła się na swoje danie, jakby zastanawiając się ,,zjeść czy zostawić". Cała ona, westchnęłam i powróciłam do pracy. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł...
   Rozglądnęłam się, czy w pobliżu nie ma nauczyciela i szturchnęłam przyjaciółkę w ramię. Szepnęłam jej do ucha, aby popilnowała przez chwilę mojego naleśnika. Nie zaczekałam, aż sens moich słów do niej dotrze, ale od razu schyliłam się i przekradłam się bezgłośnie do stanowiska Shan. Wzięłam garnek i rozpoczęłam proces robienia zupy pieczarkowej. Czułam na sobie czujny wzrok koleżanki.
    - Wiem, że trochę źle zaczęłyśmy, ale mam nadzieję, że uda nam się to naprawić. Jak pewnie już wiesz, mam na imię Anabelles. Moja zmulona przyjaciółka to Vivi - powiedziałam, krojąc marchewkę.
    - Vivi? To skrót od Vivienne? - zapytała, siląc się na przyjazny ton. Wepchnęłam warzywo do gotującej się wody i spojrzałam na dziewczynę. Miała zaciśnięte usta, a jej czy wyrażały głęboką pogardę. Zastanawiałam się, co ją tak zepsuło. Pewnie miała zbyt pobłażliwych, bogatych rodziców. Dokończyłam zupę i wróciłam na swoje poprzednie miejsce. Zastałam tam Viv gapiącą się na swoje danie z taką samą miną, jak wcześniej.
    - Może lepiej zjedz - wtrąciłam się w jej rozmyślania - zanim wystygnie.
   Dziewczyna popatrzyła na mnie i skinęła głową. Usiadła przy stole i zaczęła jeść. Przyjaciółka spełniła moją prośbę i dokończyła naleśnika, jednak musiałam usmażyć jeszcze co najmniej jednego, aby dostać pozytywną ocenę. Stwierdziłam, że oddam jej moją zupę. W końcu ona zjadła swój wytwór, jakim był kurczak zapiekany w sosie słodko - kwaśnym. Spojrzałam na zegarek. Do końca zajęć pozostało około piętnaście minut, ale doszłam do wniosku, że upiekę jeszcze babeczki.

***

   Szłam korytarzem z Vivi u boku, niosąc tacę pełną parujących babeczek. Obie dostałyśmy oceny A - ona nawet pokazała resztki swojego kurczaka. Profesor westchnął i zachwycił się moją zupą, jednak naleśniki mu nie pasowały. Gdyby nie deser, dostałabym zapewne niższą ocenę. Z niejakim zirytowaniem patrzyłam, jak Shannie dostaje za swój jabłecznik z lodami i bitą śmietaną(dziewczyna utrzymywała, że zrobiła ją sama) także A. Jednak nic nie poprawiało mojego humoru bardziej niż myśl, że wieczorem przejdę się do Hazzel's. Może nawet spotkam tego dziwnego gościa, który wywołuje u mnie uciszenie sumienia i zdrowego rozsądku. Otworzyłam drzwi naszego pokoju i wrzuciłam do niego wszystkie swoje rzeczy.
   - Co potem? - spytałam Viv, dysząc lekko.
   - Savoir - vivre.
   Uśmiechnęłam się i podparłam się pod boki.
   - To chodźmy!

<Viv?>