czwartek, 26 marca 2015

Opowiadanie osiemnaste, ręką Shannon

   Przytknęłam czoło do ściany. Co za beznadzieja. Czy naprawdę nikt w tej szkole nie może mieć mózgu i umieć go używać?
   W drodze na lekcję przywództwa wpadłam na Vivi, która w trybie maga biegła gdzieś. Chciała mnie ominąć, ale wystawiłam rękę, by ją powstrzymać. Dziewczyna zatrzymała się momentalnie i spojrzała na mnie jak na wygłodniałe zwierzę. Spojrzałam jej w oczy z pogardą.
    - Przepuść mnie, głupia - syknęła przez zaciśnięte zęby. Uśmiechnęłam się z wyższością.
    - A dlaczego niby miałabym to zrobić? Zapewne chcesz znów coś zniszczyć - odparłam.
    - Idiotka - warknęła, odpychając moją rękę - O niczym nie masz pojęcia, a i tak się wypowiadasz. Za twoimi plecami toczy się wojna, a ty i tak po prostu idziesz na przywództwo. Aż żal z tobą rozmawiać.
   Odbiegła, zostawiając mnie oniemiałą na środku korytarza. O czym ona mówi?
   Stwierdziłam, że muszę ją śledzić. Szybko aktywowałam tryb maga i podreptałam cicho za dziewczyną. Mój łuk trzymałam w dłoni, koło nogi miałam przywieszony bat. Nałożyłam na siebie powłokę niewidzialności, by zmniejszyć ryzyko wykrycia przez kogoś. Ostrożność jest najważniejsza, pomyślałam.
   Vivi zniknęłaby mi z oczu, gdyż poruszała się naprawdę szybko, ale nie była tak ostrożna jak ja i niedługo znalazł ją profesor Usuo. Zatrzymał ją na chwilę, ale ona szybko streściła mu całą historię i uzyskała kolejnego sojusznika w swych zamierzeniach. Zobaczyłam także innych nauczycieli wychodzących z klasy i zaciekawione twarze uczniów wyglądające zza ich pleców. Nadal niezauważona, pomknęłam cicho za odbiegającą parę profesora i Vivi.
   Wyszli na trawnik przed szkołą. Dyrektorka siedziała na ziemi w swoim trybie maga, który był zaskakująco podobny do jej zwykłego wyglądu, może oprócz jaskrawych kolorów ubrania i śmiesznej czapki w kształcie ogórka. W oddali majaczyła nam grupka osób w czarnych płaszczach i wyróżniająca się szata szpitalna. Vivi krzyknęła i popędziła za nimi, a ja milcząco skierowałam się w stronę pola walki pod oknem sali pielęgniarki.
   Ktoś wrzeszczał do kogoś innego, szarpali się, migały czarny i inne, pastelowe kolory. A to wszystko na dwudziestu metrach kwadratowych.
  Zauważyłam profesor Flygray stojącą niedaleko, stojącą nieruchomo, wpatrzoną z uporem w jednego z wojowników czarnych płaszczy. Nie zauważyłam twarzy tego drugiego, ale widziałam spięcie wszystkich jego mięśni. Niewątpliwie staczali bitwę umysłową.
   Niedługo do ogólnego harmideru dołączył się profesor Usuo, jakby zapominając o dziewczynie, która pobiegła za uciekającą grupą ludzi. Stwierdziłam, że dobrze sobie tutaj radzą i udam się za Vivi, jednakże zaraz po odwróceniu się potknęłam się o leżące na ziemi ciało. Kobieta miała twarz zasłoniętą ciężkim kapturem i oddychała ciężko. Obok niej kucał jakiś mężczyzna, szepcząc jakieś słowa, które prawdopodobnie były zaklęciami leczącymi. Nie przejęłabym się nimi zbytnio, gdyby nie to, że cała moja niewidzialność poszła w łeb. Pięknie poleciałam na zakrwawioną trawę i wręcz filmowo zaryłam zębami w ziemię. Leczący popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczami i wyjął zza pasa nóż, ale słaba kobieta złapała go z nogawkę i wymamrotała coś. W tym czasie ja wstałam i uciekłam.
   Ciężarówka wojskowego wyglądu właśnie odjeżdżała z podjazdu. Coś działo się w środku, ale nie mogłam tego widzieć, gdyż zielony dach ze sztucznego materiału zasłaniał mi widok. Szybko złapałam bicz w rękę i skoczyłam.
   Rzuciłam nim w stronę jednego z prętów. Owinął się wokół niego, a ja się podciągnęłam, chwilę potem znajdując się na pokładzie ciężarówki. W środku toczyła się walka między czarnymi płaszczami a Vivi. Odpierała ich ataki, usiłując dostać się po cicho pochlipującej na ławie Anabelles. Uniosłam lekko brew, ale nie mogłam zbyt długo pozostać w bezczynności, bo czarny płaszcz rzucił się na mnie ze stalową, błyszczącą siekierą. Zrobiłam unik i zadałam mu szybkie cięcie nożem w nogę. Krzyknął cicho i opadł na kolano drugiej nogi. Wyczułam za sobą obecność następnych przeciwników, ale nie mogłam się nawet obrócić, by ich zobaczyć, gdyż poczułam lekkie ukłucie w rękę strzałką usypiającą. Wyciągnęłam ją szybko, ale część płynu zdążyła już dostać się do mojego krwiobiegu. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i padłam na podłogę powozu.

<Viv? Masz wolną rękę>

wtorek, 10 marca 2015

Opowiadanie siedemnaste, ręką Anabelles

   Mimo tego, że tuż obok mnie stała Vivi, czułam, że napięcie zawisło tylko między mną a nim. Widziałam, że chce uciec, ale mocny uścisk fioletowych palców Viv powstrzymał go. Spuścił wzrok i wyjął coś z kieszeni swoich jeansów. Była to kartka, zapocona i wymięta, jakby często składana i rozkładana. Podał ją mi i wyrwał się z ręki Viv. Ona chciała go gonić, ale powstrzymałam ją. Postałyśmy jeszcze chwilę w ciszy, obserwując znikającego w lesie chłopaka. Potem zawróciłyśmy, udając się do szkoły.
   Olałam pobyt u pielęgniarki i udałam się prosto do naszego pokoju, ciągnąc za sobą Viv. Otworzyłam drzwi i zamarłam. Moje rzeczy zniknęły. Zaczęło mi szumieć w głowie. Opadłam na krzesło i wyprostowałam kartkę, która okazała się listem.
Drogi //////////
Piszę do Ciebie ten list, ponieważ chcę ci podziękować, że się mną opiekowałeś przez te ostatnie parę miesięcy, ale, z czego zapewne zdajesz sobie sprawę, czas zaczął mnie gonić. Nie mogłam już dłużej korzystać z Twojej dobroci. Prędzej czy później i tak Hill by po mnie przyszedł, oraz zabiłby cię, a tego bym sobie nie wybaczyła. Nie mogę się uchronić od własnych umiejętności, więc muszę spróbować je jakoś ukryć. Udaję się do pewnej czarownicy, aby nałożyła na mnie jakieś pieczęcie, które ukryją moje moce. Kiedyś może do Ciebie wrócę, ale o tym się jeszcze przekonamy. Droga, którą podążę, jest długa i ciężka, nie wiem czy uda mi się ją w ogóle przeżyć. Nie szukaj mnie.

Twoja Anabelles
    Siedziałam i trzymałam list w zaciśniętych dłoniach. Vivi podeszła do mnie i wyjęła mi ją z rąk. Oparłam głowę na ręce. Wszystkie moje myśli zostały rozbite na drobne kawałeczki, poglądy o świecie zamieniły się w proch, a wspomnienia stały się fałszywkami. Momentalnie wstałam i wybiegłam z budynku. Nie chciałam aktywować trybu maga. Nie chciałam robić nic, oprócz jednej rzeczy. Dowiedzieć się, kim jest Hill i czego ode mnie chce.
   Nagle coś szarpnęło mnie za serce. Poczułam ból na szyi i przewróciłam się. Coś zaczęło mnie ciągnąć w stronę lasu, a ja mogłam tylko wierzgać nogami i się dławić. Chciałam złapać za linę lub łańcuch, która mnie dusiła, ale natrafiłam palcami na pustkę. Momentalnie przestałam czuć ból. Leżałam na ziemi, dysząc ciężko, a nagle usłyszałam, cichy, drwiący śmiech.
   Wstałam i zachwiałam się, ale czyjeś ręce powstrzymały mnie od upadku. Spojrzałam na trzymającą mnie osobę, ale niczego nie zauważyłam. Wtedy ziemia pod moimi stopami się osunęła i spadłam głęboko, głęboko w ciemność.

***
   
   Vivi powiedziała, że znaleziono mnie wrzeszczącą wniebogłosy przed szkołą. Miałam zamknięte oczy i za nic nie chciałam się uspokoić. W końcu musieli zawołać pielęgniarkę ze strzykawką. Nie powiedziała mi, co było w strzykawce.
   Leżałam w łóżku i zastanawiałam się, co robić dalej. Czy kiedyś udało mi się porozmawiać z wiedźmą? Dlaczego napisałam list do tego gościa, i czego on ode mnie chce? I najważniejsze pytanie - kim do cholery jasnej jest Hill?
   Po pewnym czasie, gdy słońce zaczęło już zachodzić, do sali weszła pielęgniarka. Zdziwiła się, gdy zobaczyła, że moje oczy są otwarte. Za nią weszła dyrektorka, po czym pierwsza z nich zaczęła coś majstrować przy mojej kroplówce, a nauczycielka przysiadła na moim łóżku. Złapała mnie za dłoń i dotknęła czoła. Poczułam spokój na duszy i spojrzałam tępo na kobietę.
    - Dziecko drogie, czemuś jest z nimi...Teraz nie mamy wyboru i musimy się usunąć. Za dużo wiesz i za mało umiesz...
    - To niech mnie pani nauczy. Wtedy będę mogła pomóc.
   Ona tylko uśmiechnęła się półgębkiem i wstała.
    - Przykro mi, ale nie mogę cię tego nauczyć. Jeżeli chcesz pozostać na naszej stronie, musisz nauczyć się zapominać.
   Spojrzałam na nią przymrużonymi oczami. Poczekała chwilę, jakby czekając na moją odpowiedź, ale jej nie udzieliła, więc wyszła bez słowa. W tym samym momencie pielęgniarka skończyła swoje czynności i spojrzała na mnie z pogardą.
    - Umieraj spokojnie, Anabelles Kredevzka, mistrzyni broni - zachichotała i podążyła za dyrektorką.
    Wraz z zatrzaśnięciem się drzwi w mich żyłach zaczął płynąć ogień. Zaczęłam wrzeszczeć i rzucać się po łóżku. Nagle okno rozsypało się w drobny mak na podłodze. Czyjeś ciężkie buty uderzyły parę razy o podłogę i ich właściciel wyrwał rurki z moich żył. Mój zamglony wzrok spoczął na kobiecie, która w ciężkiej zbroi, jednocześnie opinającej jej ciało, podniosła mnie i wypadła przez okno. Tam czekało już parę osób w takich samych ubraniach. Poczułam się dziwnie naga w mojej szpitalnej koszuli. Moja wybawicielka przekazała mnie komuś innemu i wpadła z powrotem do pomieszczenia. Mężczyzna, który tym razem miał mnie na rękach, pobiegł ścieżką w stronę bramy. Za nami rozbrzmiały okrzyki i głuche odgłosy walki. Po moich policzkach popłynęły łzy, kiedy dotknęłam nadgarstka, na którym dalej widać było krwawiące ślady ukłuć.

<HA. Koniec. Teraz oddaję pałeczkę Shannon>

niedziela, 8 marca 2015

Opowiadanie szesnaste, ręką Vivi

   Podbiegłam do profesora Naivoth'a. Wiedziałam, że nie pozwoli Ann iść z nami, ale było mi poniekąd przykro. Powinna wiedzieć, co się dzieje, a właściwie dowiedzieć się tego w tym samym momencie, co ja. Obiecałam sobie w myślach, że gdy już to ogarnę, wszystko jej wyjaśnię. Spojrzałam na przyjaciółkę i skoczyłam razem z profesorem z dachu.
   Gdy wylądowaliśmy stanęłam i zamknęłam lekko oczy. Czułam na sobie spojrzenie pana Tellersona, ale starałam się je zignorować. Po chwili w mojej głowie rozbłysły kolory, a jeden z nich bardziej się wyróżniał. Nie wiem dlaczego, ale po prostu wiedziałam, że to ten mężczyzna. Starałam się skupić swoje myśli na tym jednym kolorze i wreszcie mogłam dokładnie powiedzieć, gdzie poszedł.
  - Panie profesorze... - zaczęłam.
  - Nie mamy czasu na takie formalności.
  - Jest około trzech kilometrów przed nami i nie porusza się.
   Ruszyliśmy przed siebie bez słowa. Po mojej głowie krążyło wiele pytań. Kim jest ten facet? Dlaczego mogę go wyczuć? Dlaczego mimo tego wszystkiego jestem taka spokojna? Nie znałam odpowiedzi na żadne z nich. Potrząsnęłam głową i stwierdziłam, że nie ma potrzeby, by się tym martwić na zapas, będziemy mieli wystarczająco dużo problemów kiedy już go znajdziemy.
  - Nie mamy tyle czasu, żeby iść na piechotę... - mruknął profesor pod nosem.
  - W takim razie spróbujemy polatać. - odparłam.
   Przed nami rozciągał się las, który otaczał szkołę, aby nikt niepożądany się do niej nie dostał. Mowa tutaj o zwyczajnych ludziach, a nie magicznych wrogach szkoły. Zacisnęłam mocniej dłoń na łańcuchach oplatających moje dłonie, zamachnęłam się i rzuciłam jednym w stronę najbliższego drzewa. Ten wydłużył się i oplótł ciasno gałąź. Odwróciłam głowę w stronę profesora.
  - Proszę się mnie złapać.
  - Nie dziękuję. - odrzekł ten, ku mojemu zaskoczeniu.
   Koło niego stał całkiem duży samochód, którego marki za nic nie mogłam odgadnąć.
  - Alchemia też się czasami przydaje. - powiedział Naivoth z szarmanckim uśmiechem.
   Odpowiedziałam tym samym. "Zapewne większość dziewczyn posikałoby się ze szczęścia w takiej sytuacji" - pomyślałam. Podciągnęłam się na linach i ruszyłam przed siebie. Profesor szybko wsiadł do samochodu i wcisnął pedał gazu. Czułam zbliżającą się obecność tajemniczego mężczyzny.
   Nagle moje łańcuchy przeciął mały nożyk. Spadłam dobre cztery metry na plecy. Poczułam, jakby moje płuca zostały przyciśnięte płasko do ziemi, a z moich ust trysnęło trochę krwi. Profesor szybko wysiadł z samochodu i podbiegł do mnie. Podniósł mnie do siadu, ale później odtrąciłam jego rękę.
  - Sama dam radę. - syknęłam ocierając usta.
   Wstałam i chwiejnie ruszyłam przed siebie. Zacisnęłam ręce to tak mocno, że paznokcie przebiły moją skórę. Byłam wściekła, nie mam pojęcia, z jakiego powodu. Zatrzymałam się dopiero wtedy, gdy zobaczyłam przed sobą kruczą maskę.
  - Ty... - zacisnęłam zęby.
   Zamachnęłam się na niego, ale w ostatniej chwili jakby rozpłynął się w powietrzu. Pojawił się nieco bliżej mnie, złapał łańcuch i pociągnął w swoją stronę. Padłam na ziemię. Mężczyzna zaczął mnie ciągnąć w swoją stronę. I tak już nie miałam siły by się podnieść. Poczułam twardy obcas na swojej ręce i odgłos łamanych kości. Bolało jak cholera. Mężczyzna pociągnął mnie za włosy i przysunął do swojej twarzy.
  - No i jak? - jego oddech śmierdział alkoholem. - Zapewne zastanawiasz się, co się dzieje...
   Splunęłam mu w twarz, a kiedy nie kontaktował, zerwałam mu maskę z twarzy.
   W tym momencie poczułam pociągnięcie za kołnierz i padłam z powrotem na ziemię. Nawet nie zdążyłam ujrzeć jego twarzy. Przed moimi oczami pojawił się profesor Naivoth. Odwrócił głowę w stronę faceta, ale jego już tam nie było. Wrócił do mnie.
  - Wracajmy już.
   Wyłączyłam tryb maga i kiwnęłam głową. Profesor chyba zorientował się, że nie ma co liczyć na rozmowę, więc nawet nie próbował mi pomóc. Jakoś wstałam samodzielnie i ruszyłam w stronę akademii, na próżno próbując nastawić złamane palce.
***
   Gdy już dotarliśmy do szkoły chciałam pójść do pielęgniarki, żeby opatrzyła mi palce, ale zatrzymała mnie dyrektorka.
  - Chodź ze mną. - rzuciła.
   Bez zbędnych kłótni ruszyłam za nią. Zaprowadziła mnie tam, gdzie chciałam pójść, ale zamiast do pielęgniarki, poprowadziła mnie do jednego z łóżek. Leżała na nim Anabelles.
  - Nie mamy pojęcia, co jej się stało, przyniósł ją jakiś mężczyzna. - powiedziała nie patrząc na mnie - Była bardzo poważnie pobita, ale teraz jej stan jest stabilny, powinna obudzić się za kilkanaście minut. Poczekasz do tego czasu, prawda?
   Kiwnęłam głową. Profesor Liar odpowiedziała tym samym i wyszła z gabinetu. Przed zajęciem zacnego miejsca na krześle podeszłam do pielęgniarki i spytałam się, czy nastawi mi palce. Ta spojrzała na mnie jak głupia i szybko spełniła prośbę. Spytała się, czy chcę też opatrunek, ale odmówiłam.
   Podeszłam do łóżka przyjaciółki i usiadłam. Patrzyłam na nią przez chwilę. Stwierdziłam, że chyba przeżyła coś gorszego ode mnie. Wcześniej obiecałam sobie, że wszystko jej wyjaśnię, ale najwyraźniej nie miałam czego, nadal wiemy tyle samo. zacisnęłam ręce w pięści.
  - Jestem słaba. - szepnęłam do siebie.
   W tym momencie Anabelles otworzyła oczy. Wstałam z krzesła i wyszłam z pomieszczenia nawet nie patrząc jej w oczy. Nie miałam bladego pojęcia, co jej powiedzieć. Kiedy drzwi gabinetu pielęgniarki się za mną zamknęły, usłyszałam zamieszanie. To zapewne moja przyjaciółka chciała się wydostać. Wyszłam z budynku i zaczęłam kręcić się po dużym ogrodzie. Przede mną stanął jakiś facet o rudych włosach.
  - Jesteś przyjaciółką tej dziewczyny? - spytał zmartwiony.
  - Mówisz o Anabelles? - odparłam po chwili. -  Tak, wszystko z nią w porządku.
  - To dobrze... - uśmiechnął się z ulgą i odwrócił się, jakby chciał odejść.
   Podeszłam do niego i złapałam za rękaw.
  - Wiesz, co tu się dzieje?
   Spojrzał na mnie zmieszany. Najwyraźniej coś wiedział, ale nie chciał mi powiedzieć. Ścisnęłam jego rękaw mocniej, mimo że zaczęły mnie już boleć palce.
  - Właśnie! Wiesz coś?! - usłyszałam głos zza pleców.
   Odwróciłam się i moim oczom ukazała się postać Anabelles. Patrzyła się na nas wzrokiem, jakby ten facet był jej chłopakiem, ale z jej krzyków można było wnioskować, że raczej nie o to chodzi. Podbiegła do nas i położyła rękę na moim ramieniu.
  - Powiedz nam. - zaczęłyśmy chórem i spojrzałyśmy na mężczyznę.
<Anabelles? Wyjaśniaj, to Twój znajomy>

środa, 4 marca 2015

Opowiadanie piętnaste, ręka Anabelles [Nie mogłam się powstrzymać!]

   Kolejna lekcja.Tym razem teoria zaklęć, czego dowiedziałam się z tablicy ogłoszeń. Byłam podekscytowana przed pierwszymi zajęciami z tak ważnego przedmiotu. Ciągnęłam za sobą Vivi, która odleciała kompletnie. Nawijałam cały czas, jak to się cieszę, ale dziewczyna tylko gapiła się w ścianę. Parę osób na korytarzu podążyło za nami czujnym wzrokiem, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Przecież nie mogą wiedzieć o naszych wybrykach po lekcjach.
   Weszłam do klasy. Była to sala wykładowa na pięćdziesiąt osób, oraz, zamiast zwykłej mównicy, bardzo duży ekran, jakoś dwa na półtora metra. Usiadłam w drugim rzędzie, bo pierwszy był już cały zajęty. Siedziały w nim praktycznie same pustaki oraz Shannie. Jak zwykle panna najlepsza na początku klasy, co?, pomyślałam z goryczą. Przyklapnęłam na niewygodne, drewniane krzesło. Viv zrobiła to samo. Oparłam głowę na rękach, kładąc się i pogrążyłam się w rozmyślaniach.
   Pomieszczenie powoli wypełniało się uczniami. Około minutę przed rozpoczęciem lekcji ekran włączył się. Odgadłam, że to profesor Ganaha. Pomimo swojej niepełnosprawności podobno bardzo lubi swoich uczniów, co ukazywał wyraz jej twarzy. Szeroki uśmiech rozświetlał ją. Siedziała na swoim łóżku i najwyraźniej coś mówiła. Wszyscy popatrzyli po sobie, nie wiedząc co się dzieje. Nauczycielce najwyraźniej coś się przypomniało, bo zaczęła dziko machać rękami do kogoś za kamerą. Wtedy dźwięk się włączył i nareszcie usłyszeliśmy głos pani profesor.
    - Witajcie moi drodzy. Widzę nowe twarze w klasie - spojrzała na mnie i Viv. Uśmiechnęłam się do niej i pomachałam - Tak, ja też się cieszę, że was widzę. Z tej okazji chciałabym wypróbować wasze umiejętności. Proszę, stańcie na środku.
   Posłusznie udałyśmy się w wskazane miejsce, ja, moja przyjaciółka i Shan. Skrzywiłam się, ale nic nie powiedziałam. Na pierwszy ogień poszła Viv.
   Stanęła na podwyższeniu i zamarła. Wszyscy czekali w napięciu, a ona po prostu stała i się patrzyła. W końcu Shannie parsknęła śmiechem.
    - Wiesz ty w ogóle, co masz robić?
   Dziewczyna pokręciła głową. Ja z resztą też nie wiedziałam. Oczywiście jako najlepsza i najmądrzejsza musiała nam pokazać, jak się czaruje. Stanęła na miejscu Vivi, która po prostu zeszła ze sceny. Przymknęła oczy i zaczęła coś nucić pod nosem i machać ręką na wszystkie strony. Kiedy wszyscy myśleli, że już nic nie zrobi, ona krzyknęła;
    - Livar!
   Cała sala pogrążyła się we mgle. Parę osób zaczęło coś mówić, inne siedziały i się patrzyły. Nic nie widziałam, tylko szarą, poruszającą się ścianę. Zamachnęłam się rękami, aż natrafiłam na coś. Pomacałam. Usłyszałam śmiech i już wiedziałam, że nie był to dobry pomysł.
    - Wiem, że mnie kochasz i wielbisz, ale mogę to zgłosić jako próbę molestowania seksualnego.
   Spłonęłam rumieńcem. Chciałam coś odpowiedzieć, ale mgła rozwiała się, a wraz z nią mój tajemniczy rozmówca. Miałam wrażenie, że już kiedyś słyszałam ten głos, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie. Rozbrzmiały brawa dla wszechmocnej Shan. Nauczycielka także potakiwała, po czym uniosła dłoń. Oklaski ucichły.
    - Bardzo dobrze, panno...
    - Towers - dokończyła. Usiadła na miejsce i popatrzyła się ze wzgardą na Viv. Ta wróciła na miejsce i, podążając za przykładem Shannie, opuściła powieki. Wtedy jakby po jej ramieniu przeszedł impuls. Jej włosy nagle zmieniły kolor na brąz, a ona wzniosła ręce, tak samo jak poprzedniczka mrucząc coś pod nosem. W momencie, w którym po sali zaczęły przechodzić szumy, czy cokolwiek się stanie, ona otworzyła szeroko oczy. Jedno z nich było bordowe, jak krew. A może tylko mi się tak wydawało? To wrażenie utrzymywało się tylko przez chwilę, gdyż szybko zamrugała, aktywowała cały tryb maga i podbiegła do mnie. Gapiłam się na nią, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Wzięła mnie za rękę i wybiegłyśmy z klasy.
   Parę chwil później byłyśmy na dachu. Była tam otwarta altana, czyli daszek podparty czterema kolumnami w południowo - Kasotijskim stylu. Z pozoru nic się nie działo, ale już gdy straciłam nadzieję, że moja przyjaciółka rzeczywiście coś wyczuła, przed nami pojawił się mężczyzna w czarnym, długim płaszczu. Miał maskę w kształcie dzioba sępa i cylinder. Zza pazuchy wyjął trzy sztylety lśniące w blasku słońca. W jednym momencie aktywowałam tryb maga i odskoczyłam do tyłu. W samą porę, gdyż chwilę później w miejscu, gdzie przed chwilą stałam, głęboko w marmur wbite były dwa z ostrzy. Tylko jeden wymierzył w Viv, co mnie zdziwiło. Wtedy wyglądała doprawdy przerażająco. Oczy jej świeciły się złowróżbnie, usta rozciągały w szaleńczym uśmiechu. Trochę wytrąciło mnie to z równowagi, gdyż widziałam już wcześniej tryb maga Vivi i nigdy tak nie wyglądała. Stanęłyśmy w pozycji bojowej i przygotowałyśmy broń. Jak zwykle ona miała swoje łańcuchy przyczepione do nadgarstków, a mi, o dziwo, w rękach ukazał się ogromny, dwuręczny miecz. Miał różową rękojeść i śnieżnobiałe ostrze. Był dziwnie lekki, ale i nie za bardzo. Był idealny w każdym calu. Postawiłam pierwszy krok w kierunku wroga, ale szybko się zatrzymałam, gdyż przede mną wyrósł jak z ziemi kolejny jegomość. Był to profesor Tellerson. Przeskoczył po sztyletach i zamachnął się swoim mieczem. Chybił zaledwie o parę cali, ale to wystarczyło. Mężczyzna zniknął.
    - Vivi, umiesz go wyczuć? Będziesz w stanie go znaleźć? - rzucił przez ramię nauczyciel. Dziewczyna skinęła głową. Aż czułam znak zapytania wymalowany na mojej twarzy. Profesor machnął na ręką, przyzywając ją. Ja także poruszyłam się w jego stronę, ale on popatrzył na mnie takim wzrokiem, że natychmiast się zatrzymałam.
    - Ty nigdzie nie idziesz. Wracaj na lekcję.
   Dziewczyna jeszcze spojrzała na mnie smutnym wzrokiem i zeskoczyli z dachu na ziemię. Odprowadziłam ich wzrokiem, kiedy wychodzili przez główną bramę i popędzili ulicą.

***

   Wbrew przykazom profesora Tellersona nie wróciłam do klasy. Siedziałam w altanie, spuszczając nogi na dach. Wdychałam świeże, polne powietrze, a w moje powieki wpadały promienie zachodzącego słońca. Lepszej chwili chyba sobie wymarzyć nie mogę, pomyślałam, wzdychając. Do czasu.
   Poczułam nóż na swoim gardle, a potem pociągnięcie za włosy. Ktoś postawił mnie do pionu. Po mojej szyi rozszedł się nieprzyjemny, gorący oddech, kiedy napastnik przybliżył swoją twarz do mojej. Jęknęłam z bólu. Wtedy on popchnął mnie do przodu, więc upadłam z dużym impetem na zimny kamień. Aktywowałam tryb maga i wstałam. Potarłam bolące miejsce na szyi i spojrzałam na wroga. Wyglądał on dokładnie tak samo, jak ten, za którym pobiegli Viv i Nativoth. Tylko, że nie miał maski.
   Przypominał on młodego herosa. Miał intensywnie żółte oczy, z wysokimi kącikami zewnętrznymi. Wyglądał przez to trochę jak kot. Jego nas był wąski i długi, a usta wąskie. Gdyby nie jego wściekła mina na pewno urzekłby mnie. Jednak tego nie zrobił, gdyż to mogłoby wywołać problemy, takie jak ,,nie zabiję cię, bo jesteś zbyt śliczny" czy inną bzdurę. O ile oczywiście da mi szansę do zabicia się, bo wtedy raczej stawiłabym na jego wygraną i moją, niezbyt przeze mnie pożądaną, śmierć.
    - Gdzie jest mój brat, suko? - odezwał się, wyrywając mnie z rozmyślań. Przekręciłam głowę, nie rozumiejąc.
    - Pana brat? A my się w ogóle znamy? - zapytałam.
   Mężczyzna roześmiał się niemiło.
    - Zapytałem cię o coś, głupia. Nie wal mi tu formułek, tylko gadaj, gdzie jest mój brat.
  Wtedy zaczęłam się wściekać. Założyłam ręce na piersi i wbiłam wzrok w jego twarz.
    - Nie mam najmniejszego pojęcia, kim jest twój brat i dlaczego go zgubiłeś, więc mnie w to nie mieszaj. Pójdę już, jeżeli pozwolisz.
   Skrzywił się i w jednym momencie znalazł się przede mną. Złapał mnie za koszulkę i podciągnął do góry.
    - Albo i nie pójdziesz. A teraz ci coś powiem. Tamtego wieczoru mój brat poszedł do baru. Hazzel's, nie wiem, czy kojarzysz.
   Nie mogłam ukryć swoich rozszerzonych oczu, gdy był tuż przede mną. Nie ukazał żadnych emocji na moją reakcję. Jego twarz nadal miała wkurzony wyraz.
    - I wiesz, co ci powiem? Ty też tam byłaś. Odwalałaś jakieś tańce na scenie. I tej nocy on nie wrócił do domu. Możesz mi w końcu powiedzieć, gdzie do cholery jest mój brat, wiedźmo?
   Roześmiałam się, czy to z nerwów, czy z głupoty tego faceta.
    - A sprawdzałeś w barze?
    - Moi ludzie codziennie tam siedzą i obserwują. Nie było go tam od tamtej nocy - odpowiedział szybko.
   Zastanowiłam się chwilę i wpadłam na pomysł.
    - Jak mnie puścisz, to ci powiem, na co wpadłam - puścił mnie, cały czas bacznie obserwując moje ruchy. Wygładziłam ubranie.
    - Kiedy wychodziłam, powiedział, że zawsze go tam znajdę, kiedy będzie mi źle.
   Przywalił mi w twarz. Kopnął w brzuch. Podciął nogi. Upadłam na ziemię, czując łzy w oczach. Popatrzyłam na niego z wyrzutem i zasłoniłam się rękami, kiedy podniósł nogę. Uniósł brwi i przysiadł przy mnie.
    - Czemu mnie nie atakujesz? Mogę cię tu bezkarnie kopać, a ty nawet palcem nie ruszysz.
   Opuściłam ręce i przetarłam oczy.
    - Nie mogę cię pobić. Po prostu...nie mogę. Dobra, to mogę iść do tego klubu. Już...już idę.
   Skierowałam się po schodów, ale zatrzymałam się, kiedy usłyszałam głos z tyłu.
    - Mam nadzieję, że jest jej wystarczająco źle. Gdzie jesteś, stary...?
   Zacisnęłam dłonie w pięści i odeszłam szybkim krokiem.

***

   Zapłaciłam recepcjonistce za wejście. Miałam na sobie sukienkę dłuższą z tyłu, krótszą z przodu. Była wielowarstwowa na dole, biało - różową, w kolorach mojego trybu maga. Opinała mnie w pasie, na tyle, że nie mogłam złapać oddechu. Miała rękawy do połowy ręki i wysoki kołnierz. Sukienka zasłaniała wszystkie miejsca, w które uderzył mnie ten facet na dachu, oprócz twarzy. Na nią założyłam chustkę, białą, mieniącą się na różowo, a do tego kapelusz z różowym piórem. Na stopach miałam wysokie kozaki, białe z różową podeszwą.
   Weszłam na salę i praktycznie od razu go zauważyłam. Stał pod ścianą z rękami w kieszeniach. Mając na twarzy ten swój drwiący uśmieszek, zobaczył mnie i usunął się głębiej w cień. Jednak ja nie przyszłam, aby tańczyć i się bawić, tylko żeby z nim pogadać, więc ruszyłam od razu do niego. Miałam ochotę puścić się biegiem, ale stwierdziłam, że to by było głupie. Ludzie mogą zrozumieć, że dziewczyna śpieszy się na spotkanie z chłopakiem, ale żeby biegać po klubie? Albo z nią jest coś nie tak, albo coś się dzieje, myśli przeciętny klubowicz. Podeszłam do niego i oparłam się obok niego. Syknęłam, kiedy zabolał mnie brzuch. Wtedy wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. Z uśmieszku powstał wyraz zmartwienia i, czy dobrze widzę?, zdenerwowania. Złapał mnie za ramię, lekko, ale zdecydowanie i pociągnął jeszcze głębiej w cień. Otworzył jakieś drzwi i wciągnął mnie do pomieszczenia.
   Był to chyba jakiś składzik, ale, o dziwo, w ogóle nie słyszałam muzyki. Pochylił się i zaczął oglądać moje zgięcia nóg.
    - Co jeszcze cię boli, oprócz zgięć i brzucha?
   Otworzyłam oczy szeroko.
    - Szyja i policzek - odpowiedziałam.
   Westchnął i wpatrzył się w podłogę. Nie mogłam zobaczyć jego twarzy ani włosów, bo miał na głowie kaptur. Podniósł dłoń do twarzy i chyba się po niej potarł.
    - Ten sen nie będzie trwał dłużej, co?
   Pokręciłam głową. Nie mogłam uwierzyć w ani jedno zdarzenie tego popołudnia i wieczora.
    - Jaki sen? A, właśnie, ja nie przyszłam, bo ktoś tam mnie gdzieś pobił, tylko dlatego, że zrobił to twój brat. Mówił, że uciekłeś z domu.
   Przy drugim zdaniu mój rozmówca nagle spiął się i podniósł. Mogłam dojrzeć tylko, że ma rude włosy, bo wystawały zza kaptura. Usiłowałam spojrzeć w jego twarz, ale uparcie mi na to nie pozwalał, odwracając się. Zaśmiałam się cicho, kiedy się tak kręciliśmy w jedną i drugą stronę. W końcu zatrzymałam się.
    - Czemu tak uciekasz od pokazania mi się? Myślisz, że ucieknę z wrzaskiem?
   Był tak spięty, że kiedy postawiłam krok w jego stronę, to podskoczył i ledwo powstrzymał odruch odwrócenia się. Po chwili ciszy wpadłam na jeszcze jeden, genialny pomysł. Jęknęłam i osunęłam się na ziemię. Kiedy to zrobiłam, naprawdę zaczął mnie boleć brzuch i zgięcia kolan. Zakręciło mi się w głowie i, tak jak przewidziałam, chłopak chwilę później był przy mnie. Spojrzałam w jego twarz.
   Przede wszystkim miał niesamowite zielone oczy, takiego samego kształtu, jak brat. Był naprawdę bardzo podobny do brata, może oprócz ust, które były trochę pełniejsze. Zrzucił kaptur, więc mogłam zobaczyć jego włosy. Były proste i długie, nawet podchodzące pod dziewczęce. Zaczął oglądać moje zgięcia kolan, które przybrały żywy, fioletowy odcień. Zdałam sobie sprawę, jak mocno przywalił mi ten typek na dachu. Coś mi na nie nałożył, jakąś maść i obwiązał bandażami. Zdjął mi kapelusz i chustkę, a także odwinął kołnierz. Tam także nałożył mi tą samą maść co na kolana, która zaczęła przyjemnie ochładzać moją skórę. Musiałam wyglądać naprawdę źle, bo mimo tych wszystkich uczynków nadal nie wyglądał na usatysfakcjonowanego. Założył mi z powrotem nakrycie głowy i pomógł wstać. Cały czas się chwiałam, więc wziął mnie na ręce i wyniósł z pomieszczenia. Przeszliśmy przez klub i udaliśmy się na dwór. Średnio jarzyłam, co się dzieje. Chyba on też zorientował się, że coś więcej jest ze mną nie tak, bo dotknął mojego czoła. Zaczął mi się rozmazywać, ale widziałam, że jest przerażony. Wybiegł ze mną na rękach na chłodną, nocną ulicę i zaczął coś krzyczeć, żebym się obudziła, żebym wyszła z trybu maga i coś tego typu. A może to było, że mam obudzić tryb maga? Nie mam pojęcia. Dotknęłam lekko jego policzka gorącą ręką i straciłam przytomność.

***

   Obudziłam się w białym łóżku, w białej sali. Koło nie siedziała Viv, która zerwała się natychmiast, kiedy otworzyłam oczy. Oczywiście, jak to Vivi może się zerwać, czyli po prostu wstała. Nic nie mówiąc, wyszła z sali. Słyszałam jeszcze chwilę jej kroki na korytarzu, aż ucichły.

<Viv? Kolejne opowiadanie pełne ciebie xd>