Weszłam do klasy. Była to sala wykładowa na pięćdziesiąt osób, oraz, zamiast zwykłej mównicy, bardzo duży ekran, jakoś dwa na półtora metra. Usiadłam w drugim rzędzie, bo pierwszy był już cały zajęty. Siedziały w nim praktycznie same pustaki oraz Shannie. Jak zwykle panna najlepsza na początku klasy, co?, pomyślałam z goryczą. Przyklapnęłam na niewygodne, drewniane krzesło. Viv zrobiła to samo. Oparłam głowę na rękach, kładąc się i pogrążyłam się w rozmyślaniach.
Pomieszczenie powoli wypełniało się uczniami. Około minutę przed rozpoczęciem lekcji ekran włączył się. Odgadłam, że to profesor Ganaha. Pomimo swojej niepełnosprawności podobno bardzo lubi swoich uczniów, co ukazywał wyraz jej twarzy. Szeroki uśmiech rozświetlał ją. Siedziała na swoim łóżku i najwyraźniej coś mówiła. Wszyscy popatrzyli po sobie, nie wiedząc co się dzieje. Nauczycielce najwyraźniej coś się przypomniało, bo zaczęła dziko machać rękami do kogoś za kamerą. Wtedy dźwięk się włączył i nareszcie usłyszeliśmy głos pani profesor.
- Witajcie moi drodzy. Widzę nowe twarze w klasie - spojrzała na mnie i Viv. Uśmiechnęłam się do niej i pomachałam - Tak, ja też się cieszę, że was widzę. Z tej okazji chciałabym wypróbować wasze umiejętności. Proszę, stańcie na środku.
Posłusznie udałyśmy się w wskazane miejsce, ja, moja przyjaciółka i Shan. Skrzywiłam się, ale nic nie powiedziałam. Na pierwszy ogień poszła Viv.
Stanęła na podwyższeniu i zamarła. Wszyscy czekali w napięciu, a ona po prostu stała i się patrzyła. W końcu Shannie parsknęła śmiechem.
- Wiesz ty w ogóle, co masz robić?
Dziewczyna pokręciła głową. Ja z resztą też nie wiedziałam. Oczywiście jako najlepsza i najmądrzejsza musiała nam pokazać, jak się czaruje. Stanęła na miejscu Vivi, która po prostu zeszła ze sceny. Przymknęła oczy i zaczęła coś nucić pod nosem i machać ręką na wszystkie strony. Kiedy wszyscy myśleli, że już nic nie zrobi, ona krzyknęła;
- Livar!
Cała sala pogrążyła się we mgle. Parę osób zaczęło coś mówić, inne siedziały i się patrzyły. Nic nie widziałam, tylko szarą, poruszającą się ścianę. Zamachnęłam się rękami, aż natrafiłam na coś. Pomacałam. Usłyszałam śmiech i już wiedziałam, że nie był to dobry pomysł.
- Wiem, że mnie kochasz i wielbisz, ale mogę to zgłosić jako próbę molestowania seksualnego.
Spłonęłam rumieńcem. Chciałam coś odpowiedzieć, ale mgła rozwiała się, a wraz z nią mój tajemniczy rozmówca. Miałam wrażenie, że już kiedyś słyszałam ten głos, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie. Rozbrzmiały brawa dla wszechmocnej Shan. Nauczycielka także potakiwała, po czym uniosła dłoń. Oklaski ucichły.
- Bardzo dobrze, panno...
- Towers - dokończyła. Usiadła na miejsce i popatrzyła się ze wzgardą na Viv. Ta wróciła na miejsce i, podążając za przykładem Shannie, opuściła powieki. Wtedy jakby po jej ramieniu przeszedł impuls. Jej włosy nagle zmieniły kolor na brąz, a ona wzniosła ręce, tak samo jak poprzedniczka mrucząc coś pod nosem. W momencie, w którym po sali zaczęły przechodzić szumy, czy cokolwiek się stanie, ona otworzyła szeroko oczy. Jedno z nich było bordowe, jak krew. A może tylko mi się tak wydawało? To wrażenie utrzymywało się tylko przez chwilę, gdyż szybko zamrugała, aktywowała cały tryb maga i podbiegła do mnie. Gapiłam się na nią, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Wzięła mnie za rękę i wybiegłyśmy z klasy.
Parę chwil później byłyśmy na dachu. Była tam otwarta altana, czyli daszek podparty czterema kolumnami w południowo - Kasotijskim stylu. Z pozoru nic się nie działo, ale już gdy straciłam nadzieję, że moja przyjaciółka rzeczywiście coś wyczuła, przed nami pojawił się mężczyzna w czarnym, długim płaszczu. Miał maskę w kształcie dzioba sępa i cylinder. Zza pazuchy wyjął trzy sztylety lśniące w blasku słońca. W jednym momencie aktywowałam tryb maga i odskoczyłam do tyłu. W samą porę, gdyż chwilę później w miejscu, gdzie przed chwilą stałam, głęboko w marmur wbite były dwa z ostrzy. Tylko jeden wymierzył w Viv, co mnie zdziwiło. Wtedy wyglądała doprawdy przerażająco. Oczy jej świeciły się złowróżbnie, usta rozciągały w szaleńczym uśmiechu. Trochę wytrąciło mnie to z równowagi, gdyż widziałam już wcześniej tryb maga Vivi i nigdy tak nie wyglądała. Stanęłyśmy w pozycji bojowej i przygotowałyśmy broń. Jak zwykle ona miała swoje łańcuchy przyczepione do nadgarstków, a mi, o dziwo, w rękach ukazał się ogromny, dwuręczny miecz. Miał różową rękojeść i śnieżnobiałe ostrze. Był dziwnie lekki, ale i nie za bardzo. Był idealny w każdym calu. Postawiłam pierwszy krok w kierunku wroga, ale szybko się zatrzymałam, gdyż przede mną wyrósł jak z ziemi kolejny jegomość. Był to profesor Tellerson. Przeskoczył po sztyletach i zamachnął się swoim mieczem. Chybił zaledwie o parę cali, ale to wystarczyło. Mężczyzna zniknął.
- Vivi, umiesz go wyczuć? Będziesz w stanie go znaleźć? - rzucił przez ramię nauczyciel. Dziewczyna skinęła głową. Aż czułam znak zapytania wymalowany na mojej twarzy. Profesor machnął na ręką, przyzywając ją. Ja także poruszyłam się w jego stronę, ale on popatrzył na mnie takim wzrokiem, że natychmiast się zatrzymałam.
- Ty nigdzie nie idziesz. Wracaj na lekcję.
Dziewczyna jeszcze spojrzała na mnie smutnym wzrokiem i zeskoczyli z dachu na ziemię. Odprowadziłam ich wzrokiem, kiedy wychodzili przez główną bramę i popędzili ulicą.
***
Wbrew przykazom profesora Tellersona nie wróciłam do klasy. Siedziałam w altanie, spuszczając nogi na dach. Wdychałam świeże, polne powietrze, a w moje powieki wpadały promienie zachodzącego słońca. Lepszej chwili chyba sobie wymarzyć nie mogę, pomyślałam, wzdychając. Do czasu.
Poczułam nóż na swoim gardle, a potem pociągnięcie za włosy. Ktoś postawił mnie do pionu. Po mojej szyi rozszedł się nieprzyjemny, gorący oddech, kiedy napastnik przybliżył swoją twarz do mojej. Jęknęłam z bólu. Wtedy on popchnął mnie do przodu, więc upadłam z dużym impetem na zimny kamień. Aktywowałam tryb maga i wstałam. Potarłam bolące miejsce na szyi i spojrzałam na wroga. Wyglądał on dokładnie tak samo, jak ten, za którym pobiegli Viv i Nativoth. Tylko, że nie miał maski.
Przypominał on młodego herosa. Miał intensywnie żółte oczy, z wysokimi kącikami zewnętrznymi. Wyglądał przez to trochę jak kot. Jego nas był wąski i długi, a usta wąskie. Gdyby nie jego wściekła mina na pewno urzekłby mnie. Jednak tego nie zrobił, gdyż to mogłoby wywołać problemy, takie jak ,,nie zabiję cię, bo jesteś zbyt śliczny" czy inną bzdurę. O ile oczywiście da mi szansę do zabicia się, bo wtedy raczej stawiłabym na jego wygraną i moją, niezbyt przeze mnie pożądaną, śmierć.
- Gdzie jest mój brat, suko? - odezwał się, wyrywając mnie z rozmyślań. Przekręciłam głowę, nie rozumiejąc.
- Pana brat? A my się w ogóle znamy? - zapytałam.
Mężczyzna roześmiał się niemiło.
- Zapytałem cię o coś, głupia. Nie wal mi tu formułek, tylko gadaj, gdzie jest mój brat.
Wtedy zaczęłam się wściekać. Założyłam ręce na piersi i wbiłam wzrok w jego twarz.
- Nie mam najmniejszego pojęcia, kim jest twój brat i dlaczego go zgubiłeś, więc mnie w to nie mieszaj. Pójdę już, jeżeli pozwolisz.
Skrzywił się i w jednym momencie znalazł się przede mną. Złapał mnie za koszulkę i podciągnął do góry.
- Albo i nie pójdziesz. A teraz ci coś powiem. Tamtego wieczoru mój brat poszedł do baru. Hazzel's, nie wiem, czy kojarzysz.
Nie mogłam ukryć swoich rozszerzonych oczu, gdy był tuż przede mną. Nie ukazał żadnych emocji na moją reakcję. Jego twarz nadal miała wkurzony wyraz.
- I wiesz, co ci powiem? Ty też tam byłaś. Odwalałaś jakieś tańce na scenie. I tej nocy on nie wrócił do domu. Możesz mi w końcu powiedzieć, gdzie do cholery jest mój brat, wiedźmo?
Roześmiałam się, czy to z nerwów, czy z głupoty tego faceta.
- A sprawdzałeś w barze?
- Moi ludzie codziennie tam siedzą i obserwują. Nie było go tam od tamtej nocy - odpowiedział szybko.
Zastanowiłam się chwilę i wpadłam na pomysł.
- Jak mnie puścisz, to ci powiem, na co wpadłam - puścił mnie, cały czas bacznie obserwując moje ruchy. Wygładziłam ubranie.
- Kiedy wychodziłam, powiedział, że zawsze go tam znajdę, kiedy będzie mi źle.
Przywalił mi w twarz. Kopnął w brzuch. Podciął nogi. Upadłam na ziemię, czując łzy w oczach. Popatrzyłam na niego z wyrzutem i zasłoniłam się rękami, kiedy podniósł nogę. Uniósł brwi i przysiadł przy mnie.
- Czemu mnie nie atakujesz? Mogę cię tu bezkarnie kopać, a ty nawet palcem nie ruszysz.
Opuściłam ręce i przetarłam oczy.
- Nie mogę cię pobić. Po prostu...nie mogę. Dobra, to mogę iść do tego klubu. Już...już idę.
Skierowałam się po schodów, ale zatrzymałam się, kiedy usłyszałam głos z tyłu.
- Mam nadzieję, że jest jej wystarczająco źle. Gdzie jesteś, stary...?
Zacisnęłam dłonie w pięści i odeszłam szybkim krokiem.
***
Zapłaciłam recepcjonistce za wejście. Miałam na sobie sukienkę dłuższą z tyłu, krótszą z przodu. Była wielowarstwowa na dole, biało - różową, w kolorach mojego trybu maga. Opinała mnie w pasie, na tyle, że nie mogłam złapać oddechu. Miała rękawy do połowy ręki i wysoki kołnierz. Sukienka zasłaniała wszystkie miejsca, w które uderzył mnie ten facet na dachu, oprócz twarzy. Na nią założyłam chustkę, białą, mieniącą się na różowo, a do tego kapelusz z różowym piórem. Na stopach miałam wysokie kozaki, białe z różową podeszwą.
Weszłam na salę i praktycznie od razu go zauważyłam. Stał pod ścianą z rękami w kieszeniach. Mając na twarzy ten swój drwiący uśmieszek, zobaczył mnie i usunął się głębiej w cień. Jednak ja nie przyszłam, aby tańczyć i się bawić, tylko żeby z nim pogadać, więc ruszyłam od razu do niego. Miałam ochotę puścić się biegiem, ale stwierdziłam, że to by było głupie. Ludzie mogą zrozumieć, że dziewczyna śpieszy się na spotkanie z chłopakiem, ale żeby biegać po klubie? Albo z nią jest coś nie tak, albo coś się dzieje, myśli przeciętny klubowicz. Podeszłam do niego i oparłam się obok niego. Syknęłam, kiedy zabolał mnie brzuch. Wtedy wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. Z uśmieszku powstał wyraz zmartwienia i, czy dobrze widzę?, zdenerwowania. Złapał mnie za ramię, lekko, ale zdecydowanie i pociągnął jeszcze głębiej w cień. Otworzył jakieś drzwi i wciągnął mnie do pomieszczenia.
Był to chyba jakiś składzik, ale, o dziwo, w ogóle nie słyszałam muzyki. Pochylił się i zaczął oglądać moje zgięcia nóg.
- Co jeszcze cię boli, oprócz zgięć i brzucha?
Otworzyłam oczy szeroko.
- Szyja i policzek - odpowiedziałam.
Westchnął i wpatrzył się w podłogę. Nie mogłam zobaczyć jego twarzy ani włosów, bo miał na głowie kaptur. Podniósł dłoń do twarzy i chyba się po niej potarł.
- Ten sen nie będzie trwał dłużej, co?
Pokręciłam głową. Nie mogłam uwierzyć w ani jedno zdarzenie tego popołudnia i wieczora.
- Jaki sen? A, właśnie, ja nie przyszłam, bo ktoś tam mnie gdzieś pobił, tylko dlatego, że zrobił to twój brat. Mówił, że uciekłeś z domu.
Przy drugim zdaniu mój rozmówca nagle spiął się i podniósł. Mogłam dojrzeć tylko, że ma rude włosy, bo wystawały zza kaptura. Usiłowałam spojrzeć w jego twarz, ale uparcie mi na to nie pozwalał, odwracając się. Zaśmiałam się cicho, kiedy się tak kręciliśmy w jedną i drugą stronę. W końcu zatrzymałam się.
- Czemu tak uciekasz od pokazania mi się? Myślisz, że ucieknę z wrzaskiem?
Był tak spięty, że kiedy postawiłam krok w jego stronę, to podskoczył i ledwo powstrzymał odruch odwrócenia się. Po chwili ciszy wpadłam na jeszcze jeden, genialny pomysł. Jęknęłam i osunęłam się na ziemię. Kiedy to zrobiłam, naprawdę zaczął mnie boleć brzuch i zgięcia kolan. Zakręciło mi się w głowie i, tak jak przewidziałam, chłopak chwilę później był przy mnie. Spojrzałam w jego twarz.
Przede wszystkim miał niesamowite zielone oczy, takiego samego kształtu, jak brat. Był naprawdę bardzo podobny do brata, może oprócz ust, które były trochę pełniejsze. Zrzucił kaptur, więc mogłam zobaczyć jego włosy. Były proste i długie, nawet podchodzące pod dziewczęce. Zaczął oglądać moje zgięcia kolan, które przybrały żywy, fioletowy odcień. Zdałam sobie sprawę, jak mocno przywalił mi ten typek na dachu. Coś mi na nie nałożył, jakąś maść i obwiązał bandażami. Zdjął mi kapelusz i chustkę, a także odwinął kołnierz. Tam także nałożył mi tą samą maść co na kolana, która zaczęła przyjemnie ochładzać moją skórę. Musiałam wyglądać naprawdę źle, bo mimo tych wszystkich uczynków nadal nie wyglądał na usatysfakcjonowanego. Założył mi z powrotem nakrycie głowy i pomógł wstać. Cały czas się chwiałam, więc wziął mnie na ręce i wyniósł z pomieszczenia. Przeszliśmy przez klub i udaliśmy się na dwór. Średnio jarzyłam, co się dzieje. Chyba on też zorientował się, że coś więcej jest ze mną nie tak, bo dotknął mojego czoła. Zaczął mi się rozmazywać, ale widziałam, że jest przerażony. Wybiegł ze mną na rękach na chłodną, nocną ulicę i zaczął coś krzyczeć, żebym się obudziła, żebym wyszła z trybu maga i coś tego typu. A może to było, że mam obudzić tryb maga? Nie mam pojęcia. Dotknęłam lekko jego policzka gorącą ręką i straciłam przytomność.
***
Obudziłam się w białym łóżku, w białej sali. Koło nie siedziała Viv, która zerwała się natychmiast, kiedy otworzyłam oczy. Oczywiście, jak to Vivi może się zerwać, czyli po prostu wstała. Nic nie mówiąc, wyszła z sali. Słyszałam jeszcze chwilę jej kroki na korytarzu, aż ucichły.
<Viv? Kolejne opowiadanie pełne ciebie xd>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz