Podbiegłam do profesora Naivoth'a. Wiedziałam, że nie pozwoli Ann iść z nami, ale było mi poniekąd przykro. Powinna wiedzieć, co się dzieje, a właściwie dowiedzieć się tego w tym samym momencie, co ja. Obiecałam sobie w myślach, że gdy już to ogarnę, wszystko jej wyjaśnię. Spojrzałam na przyjaciółkę i skoczyłam razem z profesorem z dachu.
Gdy wylądowaliśmy stanęłam i zamknęłam lekko oczy. Czułam na sobie spojrzenie pana Tellersona, ale starałam się je zignorować. Po chwili w mojej głowie rozbłysły kolory, a jeden z nich bardziej się wyróżniał. Nie wiem dlaczego, ale po prostu wiedziałam, że to ten mężczyzna. Starałam się skupić swoje myśli na tym jednym kolorze i wreszcie mogłam dokładnie powiedzieć, gdzie poszedł.
- Panie profesorze... - zaczęłam.
- Nie mamy czasu na takie formalności.
- Jest około trzech kilometrów przed nami i nie porusza się.
Ruszyliśmy przed siebie bez słowa. Po mojej głowie krążyło wiele pytań. Kim jest ten facet? Dlaczego mogę go wyczuć? Dlaczego mimo tego wszystkiego jestem taka spokojna? Nie znałam odpowiedzi na żadne z nich. Potrząsnęłam głową i stwierdziłam, że nie ma potrzeby, by się tym martwić na zapas, będziemy mieli wystarczająco dużo problemów kiedy już go znajdziemy.
- Nie mamy tyle czasu, żeby iść na piechotę... - mruknął profesor pod nosem.
- W takim razie spróbujemy polatać. - odparłam.
Przed nami rozciągał się las, który otaczał szkołę, aby nikt niepożądany się do niej nie dostał. Mowa tutaj o zwyczajnych ludziach, a nie magicznych wrogach szkoły. Zacisnęłam mocniej dłoń na łańcuchach oplatających moje dłonie, zamachnęłam się i rzuciłam jednym w stronę najbliższego drzewa. Ten wydłużył się i oplótł ciasno gałąź. Odwróciłam głowę w stronę profesora.
- Proszę się mnie złapać.
- Nie dziękuję. - odrzekł ten, ku mojemu zaskoczeniu.
Koło niego stał całkiem duży samochód, którego marki za nic nie mogłam odgadnąć.
- Alchemia też się czasami przydaje. - powiedział Naivoth z szarmanckim uśmiechem.
Odpowiedziałam tym samym. "Zapewne większość dziewczyn posikałoby się ze szczęścia w takiej sytuacji" - pomyślałam. Podciągnęłam się na linach i ruszyłam przed siebie. Profesor szybko wsiadł do samochodu i wcisnął pedał gazu. Czułam zbliżającą się obecność tajemniczego mężczyzny.
Nagle moje łańcuchy przeciął mały nożyk. Spadłam dobre cztery metry na plecy. Poczułam, jakby moje płuca zostały przyciśnięte płasko do ziemi, a z moich ust trysnęło trochę krwi. Profesor szybko wysiadł z samochodu i podbiegł do mnie. Podniósł mnie do siadu, ale później odtrąciłam jego rękę.
- Sama dam radę. - syknęłam ocierając usta.
Wstałam i chwiejnie ruszyłam przed siebie. Zacisnęłam ręce to tak mocno, że paznokcie przebiły moją skórę. Byłam wściekła, nie mam pojęcia, z jakiego powodu. Zatrzymałam się dopiero wtedy, gdy zobaczyłam przed sobą kruczą maskę.
- Ty... - zacisnęłam zęby.
Zamachnęłam się na niego, ale w ostatniej chwili jakby rozpłynął się w powietrzu. Pojawił się nieco bliżej mnie, złapał łańcuch i pociągnął w swoją stronę. Padłam na ziemię. Mężczyzna zaczął mnie ciągnąć w swoją stronę. I tak już nie miałam siły by się podnieść. Poczułam twardy obcas na swojej ręce i odgłos łamanych kości. Bolało jak cholera. Mężczyzna pociągnął mnie za włosy i przysunął do swojej twarzy.
- No i jak? - jego oddech śmierdział alkoholem. - Zapewne zastanawiasz się, co się dzieje...
Splunęłam mu w twarz, a kiedy nie kontaktował, zerwałam mu maskę z twarzy.
W tym momencie poczułam pociągnięcie za kołnierz i padłam z powrotem na ziemię. Nawet nie zdążyłam ujrzeć jego twarzy. Przed moimi oczami pojawił się profesor Naivoth. Odwrócił głowę w stronę faceta, ale jego już tam nie było. Wrócił do mnie.
- Wracajmy już.
Wyłączyłam tryb maga i kiwnęłam głową. Profesor chyba zorientował się, że nie ma co liczyć na rozmowę, więc nawet nie próbował mi pomóc. Jakoś wstałam samodzielnie i ruszyłam w stronę akademii, na próżno próbując nastawić złamane palce.
***
Gdy już dotarliśmy do szkoły chciałam pójść do pielęgniarki, żeby opatrzyła mi palce, ale zatrzymała mnie dyrektorka.
- Chodź ze mną. - rzuciła.
Bez zbędnych kłótni ruszyłam za nią. Zaprowadziła mnie tam, gdzie chciałam pójść, ale zamiast do pielęgniarki, poprowadziła mnie do jednego z łóżek. Leżała na nim Anabelles.
- Nie mamy pojęcia, co jej się stało, przyniósł ją jakiś mężczyzna. - powiedziała nie patrząc na mnie - Była bardzo poważnie pobita, ale teraz jej stan jest stabilny, powinna obudzić się za kilkanaście minut. Poczekasz do tego czasu, prawda?
Kiwnęłam głową. Profesor Liar odpowiedziała tym samym i wyszła z gabinetu. Przed zajęciem zacnego miejsca na krześle podeszłam do pielęgniarki i spytałam się, czy nastawi mi palce. Ta spojrzała na mnie jak głupia i szybko spełniła prośbę. Spytała się, czy chcę też opatrunek, ale odmówiłam.
Podeszłam do łóżka przyjaciółki i usiadłam. Patrzyłam na nią przez chwilę. Stwierdziłam, że chyba przeżyła coś gorszego ode mnie. Wcześniej obiecałam sobie, że wszystko jej wyjaśnię, ale najwyraźniej nie miałam czego, nadal wiemy tyle samo. zacisnęłam ręce w pięści.
- Jestem słaba. - szepnęłam do siebie.
W tym momencie Anabelles otworzyła oczy. Wstałam z krzesła i wyszłam z pomieszczenia nawet nie patrząc jej w oczy. Nie miałam bladego pojęcia, co jej powiedzieć. Kiedy drzwi gabinetu pielęgniarki się za mną zamknęły, usłyszałam zamieszanie. To zapewne moja przyjaciółka chciała się wydostać. Wyszłam z budynku i zaczęłam kręcić się po dużym ogrodzie. Przede mną stanął jakiś facet o rudych włosach.
- Jesteś przyjaciółką tej dziewczyny? - spytał zmartwiony.
- Mówisz o Anabelles? - odparłam po chwili. - Tak, wszystko z nią w porządku.
- To dobrze... - uśmiechnął się z ulgą i odwrócił się, jakby chciał odejść.
Podeszłam do niego i złapałam za rękaw.
- Wiesz, co tu się dzieje?
Spojrzał na mnie zmieszany. Najwyraźniej coś wiedział, ale nie chciał mi powiedzieć. Ścisnęłam jego rękaw mocniej, mimo że zaczęły mnie już boleć palce.
- Właśnie! Wiesz coś?! - usłyszałam głos zza pleców.
Odwróciłam się i moim oczom ukazała się postać Anabelles. Patrzyła się na nas wzrokiem, jakby ten facet był jej chłopakiem, ale z jej krzyków można było wnioskować, że raczej nie o to chodzi. Podbiegła do nas i położyła rękę na moim ramieniu.
- Powiedz nam. - zaczęłyśmy chórem i spojrzałyśmy na mężczyznę.
<Anabelles? Wyjaśniaj, to Twój znajomy>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz