wtorek, 10 marca 2015

Opowiadanie siedemnaste, ręką Anabelles

   Mimo tego, że tuż obok mnie stała Vivi, czułam, że napięcie zawisło tylko między mną a nim. Widziałam, że chce uciec, ale mocny uścisk fioletowych palców Viv powstrzymał go. Spuścił wzrok i wyjął coś z kieszeni swoich jeansów. Była to kartka, zapocona i wymięta, jakby często składana i rozkładana. Podał ją mi i wyrwał się z ręki Viv. Ona chciała go gonić, ale powstrzymałam ją. Postałyśmy jeszcze chwilę w ciszy, obserwując znikającego w lesie chłopaka. Potem zawróciłyśmy, udając się do szkoły.
   Olałam pobyt u pielęgniarki i udałam się prosto do naszego pokoju, ciągnąc za sobą Viv. Otworzyłam drzwi i zamarłam. Moje rzeczy zniknęły. Zaczęło mi szumieć w głowie. Opadłam na krzesło i wyprostowałam kartkę, która okazała się listem.
Drogi //////////
Piszę do Ciebie ten list, ponieważ chcę ci podziękować, że się mną opiekowałeś przez te ostatnie parę miesięcy, ale, z czego zapewne zdajesz sobie sprawę, czas zaczął mnie gonić. Nie mogłam już dłużej korzystać z Twojej dobroci. Prędzej czy później i tak Hill by po mnie przyszedł, oraz zabiłby cię, a tego bym sobie nie wybaczyła. Nie mogę się uchronić od własnych umiejętności, więc muszę spróbować je jakoś ukryć. Udaję się do pewnej czarownicy, aby nałożyła na mnie jakieś pieczęcie, które ukryją moje moce. Kiedyś może do Ciebie wrócę, ale o tym się jeszcze przekonamy. Droga, którą podążę, jest długa i ciężka, nie wiem czy uda mi się ją w ogóle przeżyć. Nie szukaj mnie.

Twoja Anabelles
    Siedziałam i trzymałam list w zaciśniętych dłoniach. Vivi podeszła do mnie i wyjęła mi ją z rąk. Oparłam głowę na ręce. Wszystkie moje myśli zostały rozbite na drobne kawałeczki, poglądy o świecie zamieniły się w proch, a wspomnienia stały się fałszywkami. Momentalnie wstałam i wybiegłam z budynku. Nie chciałam aktywować trybu maga. Nie chciałam robić nic, oprócz jednej rzeczy. Dowiedzieć się, kim jest Hill i czego ode mnie chce.
   Nagle coś szarpnęło mnie za serce. Poczułam ból na szyi i przewróciłam się. Coś zaczęło mnie ciągnąć w stronę lasu, a ja mogłam tylko wierzgać nogami i się dławić. Chciałam złapać za linę lub łańcuch, która mnie dusiła, ale natrafiłam palcami na pustkę. Momentalnie przestałam czuć ból. Leżałam na ziemi, dysząc ciężko, a nagle usłyszałam, cichy, drwiący śmiech.
   Wstałam i zachwiałam się, ale czyjeś ręce powstrzymały mnie od upadku. Spojrzałam na trzymającą mnie osobę, ale niczego nie zauważyłam. Wtedy ziemia pod moimi stopami się osunęła i spadłam głęboko, głęboko w ciemność.

***
   
   Vivi powiedziała, że znaleziono mnie wrzeszczącą wniebogłosy przed szkołą. Miałam zamknięte oczy i za nic nie chciałam się uspokoić. W końcu musieli zawołać pielęgniarkę ze strzykawką. Nie powiedziała mi, co było w strzykawce.
   Leżałam w łóżku i zastanawiałam się, co robić dalej. Czy kiedyś udało mi się porozmawiać z wiedźmą? Dlaczego napisałam list do tego gościa, i czego on ode mnie chce? I najważniejsze pytanie - kim do cholery jasnej jest Hill?
   Po pewnym czasie, gdy słońce zaczęło już zachodzić, do sali weszła pielęgniarka. Zdziwiła się, gdy zobaczyła, że moje oczy są otwarte. Za nią weszła dyrektorka, po czym pierwsza z nich zaczęła coś majstrować przy mojej kroplówce, a nauczycielka przysiadła na moim łóżku. Złapała mnie za dłoń i dotknęła czoła. Poczułam spokój na duszy i spojrzałam tępo na kobietę.
    - Dziecko drogie, czemuś jest z nimi...Teraz nie mamy wyboru i musimy się usunąć. Za dużo wiesz i za mało umiesz...
    - To niech mnie pani nauczy. Wtedy będę mogła pomóc.
   Ona tylko uśmiechnęła się półgębkiem i wstała.
    - Przykro mi, ale nie mogę cię tego nauczyć. Jeżeli chcesz pozostać na naszej stronie, musisz nauczyć się zapominać.
   Spojrzałam na nią przymrużonymi oczami. Poczekała chwilę, jakby czekając na moją odpowiedź, ale jej nie udzieliła, więc wyszła bez słowa. W tym samym momencie pielęgniarka skończyła swoje czynności i spojrzała na mnie z pogardą.
    - Umieraj spokojnie, Anabelles Kredevzka, mistrzyni broni - zachichotała i podążyła za dyrektorką.
    Wraz z zatrzaśnięciem się drzwi w mich żyłach zaczął płynąć ogień. Zaczęłam wrzeszczeć i rzucać się po łóżku. Nagle okno rozsypało się w drobny mak na podłodze. Czyjeś ciężkie buty uderzyły parę razy o podłogę i ich właściciel wyrwał rurki z moich żył. Mój zamglony wzrok spoczął na kobiecie, która w ciężkiej zbroi, jednocześnie opinającej jej ciało, podniosła mnie i wypadła przez okno. Tam czekało już parę osób w takich samych ubraniach. Poczułam się dziwnie naga w mojej szpitalnej koszuli. Moja wybawicielka przekazała mnie komuś innemu i wpadła z powrotem do pomieszczenia. Mężczyzna, który tym razem miał mnie na rękach, pobiegł ścieżką w stronę bramy. Za nami rozbrzmiały okrzyki i głuche odgłosy walki. Po moich policzkach popłynęły łzy, kiedy dotknęłam nadgarstka, na którym dalej widać było krwawiące ślady ukłuć.

<HA. Koniec. Teraz oddaję pałeczkę Shannon>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz