czwartek, 26 marca 2015

Opowiadanie osiemnaste, ręką Shannon

   Przytknęłam czoło do ściany. Co za beznadzieja. Czy naprawdę nikt w tej szkole nie może mieć mózgu i umieć go używać?
   W drodze na lekcję przywództwa wpadłam na Vivi, która w trybie maga biegła gdzieś. Chciała mnie ominąć, ale wystawiłam rękę, by ją powstrzymać. Dziewczyna zatrzymała się momentalnie i spojrzała na mnie jak na wygłodniałe zwierzę. Spojrzałam jej w oczy z pogardą.
    - Przepuść mnie, głupia - syknęła przez zaciśnięte zęby. Uśmiechnęłam się z wyższością.
    - A dlaczego niby miałabym to zrobić? Zapewne chcesz znów coś zniszczyć - odparłam.
    - Idiotka - warknęła, odpychając moją rękę - O niczym nie masz pojęcia, a i tak się wypowiadasz. Za twoimi plecami toczy się wojna, a ty i tak po prostu idziesz na przywództwo. Aż żal z tobą rozmawiać.
   Odbiegła, zostawiając mnie oniemiałą na środku korytarza. O czym ona mówi?
   Stwierdziłam, że muszę ją śledzić. Szybko aktywowałam tryb maga i podreptałam cicho za dziewczyną. Mój łuk trzymałam w dłoni, koło nogi miałam przywieszony bat. Nałożyłam na siebie powłokę niewidzialności, by zmniejszyć ryzyko wykrycia przez kogoś. Ostrożność jest najważniejsza, pomyślałam.
   Vivi zniknęłaby mi z oczu, gdyż poruszała się naprawdę szybko, ale nie była tak ostrożna jak ja i niedługo znalazł ją profesor Usuo. Zatrzymał ją na chwilę, ale ona szybko streściła mu całą historię i uzyskała kolejnego sojusznika w swych zamierzeniach. Zobaczyłam także innych nauczycieli wychodzących z klasy i zaciekawione twarze uczniów wyglądające zza ich pleców. Nadal niezauważona, pomknęłam cicho za odbiegającą parę profesora i Vivi.
   Wyszli na trawnik przed szkołą. Dyrektorka siedziała na ziemi w swoim trybie maga, który był zaskakująco podobny do jej zwykłego wyglądu, może oprócz jaskrawych kolorów ubrania i śmiesznej czapki w kształcie ogórka. W oddali majaczyła nam grupka osób w czarnych płaszczach i wyróżniająca się szata szpitalna. Vivi krzyknęła i popędziła za nimi, a ja milcząco skierowałam się w stronę pola walki pod oknem sali pielęgniarki.
   Ktoś wrzeszczał do kogoś innego, szarpali się, migały czarny i inne, pastelowe kolory. A to wszystko na dwudziestu metrach kwadratowych.
  Zauważyłam profesor Flygray stojącą niedaleko, stojącą nieruchomo, wpatrzoną z uporem w jednego z wojowników czarnych płaszczy. Nie zauważyłam twarzy tego drugiego, ale widziałam spięcie wszystkich jego mięśni. Niewątpliwie staczali bitwę umysłową.
   Niedługo do ogólnego harmideru dołączył się profesor Usuo, jakby zapominając o dziewczynie, która pobiegła za uciekającą grupą ludzi. Stwierdziłam, że dobrze sobie tutaj radzą i udam się za Vivi, jednakże zaraz po odwróceniu się potknęłam się o leżące na ziemi ciało. Kobieta miała twarz zasłoniętą ciężkim kapturem i oddychała ciężko. Obok niej kucał jakiś mężczyzna, szepcząc jakieś słowa, które prawdopodobnie były zaklęciami leczącymi. Nie przejęłabym się nimi zbytnio, gdyby nie to, że cała moja niewidzialność poszła w łeb. Pięknie poleciałam na zakrwawioną trawę i wręcz filmowo zaryłam zębami w ziemię. Leczący popatrzył na mnie szeroko otwartymi oczami i wyjął zza pasa nóż, ale słaba kobieta złapała go z nogawkę i wymamrotała coś. W tym czasie ja wstałam i uciekłam.
   Ciężarówka wojskowego wyglądu właśnie odjeżdżała z podjazdu. Coś działo się w środku, ale nie mogłam tego widzieć, gdyż zielony dach ze sztucznego materiału zasłaniał mi widok. Szybko złapałam bicz w rękę i skoczyłam.
   Rzuciłam nim w stronę jednego z prętów. Owinął się wokół niego, a ja się podciągnęłam, chwilę potem znajdując się na pokładzie ciężarówki. W środku toczyła się walka między czarnymi płaszczami a Vivi. Odpierała ich ataki, usiłując dostać się po cicho pochlipującej na ławie Anabelles. Uniosłam lekko brew, ale nie mogłam zbyt długo pozostać w bezczynności, bo czarny płaszcz rzucił się na mnie ze stalową, błyszczącą siekierą. Zrobiłam unik i zadałam mu szybkie cięcie nożem w nogę. Krzyknął cicho i opadł na kolano drugiej nogi. Wyczułam za sobą obecność następnych przeciwników, ale nie mogłam się nawet obrócić, by ich zobaczyć, gdyż poczułam lekkie ukłucie w rękę strzałką usypiającą. Wyciągnęłam ją szybko, ale część płynu zdążyła już dostać się do mojego krwiobiegu. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i padłam na podłogę powozu.

<Viv? Masz wolną rękę>

wtorek, 10 marca 2015

Opowiadanie siedemnaste, ręką Anabelles

   Mimo tego, że tuż obok mnie stała Vivi, czułam, że napięcie zawisło tylko między mną a nim. Widziałam, że chce uciec, ale mocny uścisk fioletowych palców Viv powstrzymał go. Spuścił wzrok i wyjął coś z kieszeni swoich jeansów. Była to kartka, zapocona i wymięta, jakby często składana i rozkładana. Podał ją mi i wyrwał się z ręki Viv. Ona chciała go gonić, ale powstrzymałam ją. Postałyśmy jeszcze chwilę w ciszy, obserwując znikającego w lesie chłopaka. Potem zawróciłyśmy, udając się do szkoły.
   Olałam pobyt u pielęgniarki i udałam się prosto do naszego pokoju, ciągnąc za sobą Viv. Otworzyłam drzwi i zamarłam. Moje rzeczy zniknęły. Zaczęło mi szumieć w głowie. Opadłam na krzesło i wyprostowałam kartkę, która okazała się listem.
Drogi //////////
Piszę do Ciebie ten list, ponieważ chcę ci podziękować, że się mną opiekowałeś przez te ostatnie parę miesięcy, ale, z czego zapewne zdajesz sobie sprawę, czas zaczął mnie gonić. Nie mogłam już dłużej korzystać z Twojej dobroci. Prędzej czy później i tak Hill by po mnie przyszedł, oraz zabiłby cię, a tego bym sobie nie wybaczyła. Nie mogę się uchronić od własnych umiejętności, więc muszę spróbować je jakoś ukryć. Udaję się do pewnej czarownicy, aby nałożyła na mnie jakieś pieczęcie, które ukryją moje moce. Kiedyś może do Ciebie wrócę, ale o tym się jeszcze przekonamy. Droga, którą podążę, jest długa i ciężka, nie wiem czy uda mi się ją w ogóle przeżyć. Nie szukaj mnie.

Twoja Anabelles
    Siedziałam i trzymałam list w zaciśniętych dłoniach. Vivi podeszła do mnie i wyjęła mi ją z rąk. Oparłam głowę na ręce. Wszystkie moje myśli zostały rozbite na drobne kawałeczki, poglądy o świecie zamieniły się w proch, a wspomnienia stały się fałszywkami. Momentalnie wstałam i wybiegłam z budynku. Nie chciałam aktywować trybu maga. Nie chciałam robić nic, oprócz jednej rzeczy. Dowiedzieć się, kim jest Hill i czego ode mnie chce.
   Nagle coś szarpnęło mnie za serce. Poczułam ból na szyi i przewróciłam się. Coś zaczęło mnie ciągnąć w stronę lasu, a ja mogłam tylko wierzgać nogami i się dławić. Chciałam złapać za linę lub łańcuch, która mnie dusiła, ale natrafiłam palcami na pustkę. Momentalnie przestałam czuć ból. Leżałam na ziemi, dysząc ciężko, a nagle usłyszałam, cichy, drwiący śmiech.
   Wstałam i zachwiałam się, ale czyjeś ręce powstrzymały mnie od upadku. Spojrzałam na trzymającą mnie osobę, ale niczego nie zauważyłam. Wtedy ziemia pod moimi stopami się osunęła i spadłam głęboko, głęboko w ciemność.

***
   
   Vivi powiedziała, że znaleziono mnie wrzeszczącą wniebogłosy przed szkołą. Miałam zamknięte oczy i za nic nie chciałam się uspokoić. W końcu musieli zawołać pielęgniarkę ze strzykawką. Nie powiedziała mi, co było w strzykawce.
   Leżałam w łóżku i zastanawiałam się, co robić dalej. Czy kiedyś udało mi się porozmawiać z wiedźmą? Dlaczego napisałam list do tego gościa, i czego on ode mnie chce? I najważniejsze pytanie - kim do cholery jasnej jest Hill?
   Po pewnym czasie, gdy słońce zaczęło już zachodzić, do sali weszła pielęgniarka. Zdziwiła się, gdy zobaczyła, że moje oczy są otwarte. Za nią weszła dyrektorka, po czym pierwsza z nich zaczęła coś majstrować przy mojej kroplówce, a nauczycielka przysiadła na moim łóżku. Złapała mnie za dłoń i dotknęła czoła. Poczułam spokój na duszy i spojrzałam tępo na kobietę.
    - Dziecko drogie, czemuś jest z nimi...Teraz nie mamy wyboru i musimy się usunąć. Za dużo wiesz i za mało umiesz...
    - To niech mnie pani nauczy. Wtedy będę mogła pomóc.
   Ona tylko uśmiechnęła się półgębkiem i wstała.
    - Przykro mi, ale nie mogę cię tego nauczyć. Jeżeli chcesz pozostać na naszej stronie, musisz nauczyć się zapominać.
   Spojrzałam na nią przymrużonymi oczami. Poczekała chwilę, jakby czekając na moją odpowiedź, ale jej nie udzieliła, więc wyszła bez słowa. W tym samym momencie pielęgniarka skończyła swoje czynności i spojrzała na mnie z pogardą.
    - Umieraj spokojnie, Anabelles Kredevzka, mistrzyni broni - zachichotała i podążyła za dyrektorką.
    Wraz z zatrzaśnięciem się drzwi w mich żyłach zaczął płynąć ogień. Zaczęłam wrzeszczeć i rzucać się po łóżku. Nagle okno rozsypało się w drobny mak na podłodze. Czyjeś ciężkie buty uderzyły parę razy o podłogę i ich właściciel wyrwał rurki z moich żył. Mój zamglony wzrok spoczął na kobiecie, która w ciężkiej zbroi, jednocześnie opinającej jej ciało, podniosła mnie i wypadła przez okno. Tam czekało już parę osób w takich samych ubraniach. Poczułam się dziwnie naga w mojej szpitalnej koszuli. Moja wybawicielka przekazała mnie komuś innemu i wpadła z powrotem do pomieszczenia. Mężczyzna, który tym razem miał mnie na rękach, pobiegł ścieżką w stronę bramy. Za nami rozbrzmiały okrzyki i głuche odgłosy walki. Po moich policzkach popłynęły łzy, kiedy dotknęłam nadgarstka, na którym dalej widać było krwawiące ślady ukłuć.

<HA. Koniec. Teraz oddaję pałeczkę Shannon>

niedziela, 8 marca 2015

Opowiadanie szesnaste, ręką Vivi

   Podbiegłam do profesora Naivoth'a. Wiedziałam, że nie pozwoli Ann iść z nami, ale było mi poniekąd przykro. Powinna wiedzieć, co się dzieje, a właściwie dowiedzieć się tego w tym samym momencie, co ja. Obiecałam sobie w myślach, że gdy już to ogarnę, wszystko jej wyjaśnię. Spojrzałam na przyjaciółkę i skoczyłam razem z profesorem z dachu.
   Gdy wylądowaliśmy stanęłam i zamknęłam lekko oczy. Czułam na sobie spojrzenie pana Tellersona, ale starałam się je zignorować. Po chwili w mojej głowie rozbłysły kolory, a jeden z nich bardziej się wyróżniał. Nie wiem dlaczego, ale po prostu wiedziałam, że to ten mężczyzna. Starałam się skupić swoje myśli na tym jednym kolorze i wreszcie mogłam dokładnie powiedzieć, gdzie poszedł.
  - Panie profesorze... - zaczęłam.
  - Nie mamy czasu na takie formalności.
  - Jest około trzech kilometrów przed nami i nie porusza się.
   Ruszyliśmy przed siebie bez słowa. Po mojej głowie krążyło wiele pytań. Kim jest ten facet? Dlaczego mogę go wyczuć? Dlaczego mimo tego wszystkiego jestem taka spokojna? Nie znałam odpowiedzi na żadne z nich. Potrząsnęłam głową i stwierdziłam, że nie ma potrzeby, by się tym martwić na zapas, będziemy mieli wystarczająco dużo problemów kiedy już go znajdziemy.
  - Nie mamy tyle czasu, żeby iść na piechotę... - mruknął profesor pod nosem.
  - W takim razie spróbujemy polatać. - odparłam.
   Przed nami rozciągał się las, który otaczał szkołę, aby nikt niepożądany się do niej nie dostał. Mowa tutaj o zwyczajnych ludziach, a nie magicznych wrogach szkoły. Zacisnęłam mocniej dłoń na łańcuchach oplatających moje dłonie, zamachnęłam się i rzuciłam jednym w stronę najbliższego drzewa. Ten wydłużył się i oplótł ciasno gałąź. Odwróciłam głowę w stronę profesora.
  - Proszę się mnie złapać.
  - Nie dziękuję. - odrzekł ten, ku mojemu zaskoczeniu.
   Koło niego stał całkiem duży samochód, którego marki za nic nie mogłam odgadnąć.
  - Alchemia też się czasami przydaje. - powiedział Naivoth z szarmanckim uśmiechem.
   Odpowiedziałam tym samym. "Zapewne większość dziewczyn posikałoby się ze szczęścia w takiej sytuacji" - pomyślałam. Podciągnęłam się na linach i ruszyłam przed siebie. Profesor szybko wsiadł do samochodu i wcisnął pedał gazu. Czułam zbliżającą się obecność tajemniczego mężczyzny.
   Nagle moje łańcuchy przeciął mały nożyk. Spadłam dobre cztery metry na plecy. Poczułam, jakby moje płuca zostały przyciśnięte płasko do ziemi, a z moich ust trysnęło trochę krwi. Profesor szybko wysiadł z samochodu i podbiegł do mnie. Podniósł mnie do siadu, ale później odtrąciłam jego rękę.
  - Sama dam radę. - syknęłam ocierając usta.
   Wstałam i chwiejnie ruszyłam przed siebie. Zacisnęłam ręce to tak mocno, że paznokcie przebiły moją skórę. Byłam wściekła, nie mam pojęcia, z jakiego powodu. Zatrzymałam się dopiero wtedy, gdy zobaczyłam przed sobą kruczą maskę.
  - Ty... - zacisnęłam zęby.
   Zamachnęłam się na niego, ale w ostatniej chwili jakby rozpłynął się w powietrzu. Pojawił się nieco bliżej mnie, złapał łańcuch i pociągnął w swoją stronę. Padłam na ziemię. Mężczyzna zaczął mnie ciągnąć w swoją stronę. I tak już nie miałam siły by się podnieść. Poczułam twardy obcas na swojej ręce i odgłos łamanych kości. Bolało jak cholera. Mężczyzna pociągnął mnie za włosy i przysunął do swojej twarzy.
  - No i jak? - jego oddech śmierdział alkoholem. - Zapewne zastanawiasz się, co się dzieje...
   Splunęłam mu w twarz, a kiedy nie kontaktował, zerwałam mu maskę z twarzy.
   W tym momencie poczułam pociągnięcie za kołnierz i padłam z powrotem na ziemię. Nawet nie zdążyłam ujrzeć jego twarzy. Przed moimi oczami pojawił się profesor Naivoth. Odwrócił głowę w stronę faceta, ale jego już tam nie było. Wrócił do mnie.
  - Wracajmy już.
   Wyłączyłam tryb maga i kiwnęłam głową. Profesor chyba zorientował się, że nie ma co liczyć na rozmowę, więc nawet nie próbował mi pomóc. Jakoś wstałam samodzielnie i ruszyłam w stronę akademii, na próżno próbując nastawić złamane palce.
***
   Gdy już dotarliśmy do szkoły chciałam pójść do pielęgniarki, żeby opatrzyła mi palce, ale zatrzymała mnie dyrektorka.
  - Chodź ze mną. - rzuciła.
   Bez zbędnych kłótni ruszyłam za nią. Zaprowadziła mnie tam, gdzie chciałam pójść, ale zamiast do pielęgniarki, poprowadziła mnie do jednego z łóżek. Leżała na nim Anabelles.
  - Nie mamy pojęcia, co jej się stało, przyniósł ją jakiś mężczyzna. - powiedziała nie patrząc na mnie - Była bardzo poważnie pobita, ale teraz jej stan jest stabilny, powinna obudzić się za kilkanaście minut. Poczekasz do tego czasu, prawda?
   Kiwnęłam głową. Profesor Liar odpowiedziała tym samym i wyszła z gabinetu. Przed zajęciem zacnego miejsca na krześle podeszłam do pielęgniarki i spytałam się, czy nastawi mi palce. Ta spojrzała na mnie jak głupia i szybko spełniła prośbę. Spytała się, czy chcę też opatrunek, ale odmówiłam.
   Podeszłam do łóżka przyjaciółki i usiadłam. Patrzyłam na nią przez chwilę. Stwierdziłam, że chyba przeżyła coś gorszego ode mnie. Wcześniej obiecałam sobie, że wszystko jej wyjaśnię, ale najwyraźniej nie miałam czego, nadal wiemy tyle samo. zacisnęłam ręce w pięści.
  - Jestem słaba. - szepnęłam do siebie.
   W tym momencie Anabelles otworzyła oczy. Wstałam z krzesła i wyszłam z pomieszczenia nawet nie patrząc jej w oczy. Nie miałam bladego pojęcia, co jej powiedzieć. Kiedy drzwi gabinetu pielęgniarki się za mną zamknęły, usłyszałam zamieszanie. To zapewne moja przyjaciółka chciała się wydostać. Wyszłam z budynku i zaczęłam kręcić się po dużym ogrodzie. Przede mną stanął jakiś facet o rudych włosach.
  - Jesteś przyjaciółką tej dziewczyny? - spytał zmartwiony.
  - Mówisz o Anabelles? - odparłam po chwili. -  Tak, wszystko z nią w porządku.
  - To dobrze... - uśmiechnął się z ulgą i odwrócił się, jakby chciał odejść.
   Podeszłam do niego i złapałam za rękaw.
  - Wiesz, co tu się dzieje?
   Spojrzał na mnie zmieszany. Najwyraźniej coś wiedział, ale nie chciał mi powiedzieć. Ścisnęłam jego rękaw mocniej, mimo że zaczęły mnie już boleć palce.
  - Właśnie! Wiesz coś?! - usłyszałam głos zza pleców.
   Odwróciłam się i moim oczom ukazała się postać Anabelles. Patrzyła się na nas wzrokiem, jakby ten facet był jej chłopakiem, ale z jej krzyków można było wnioskować, że raczej nie o to chodzi. Podbiegła do nas i położyła rękę na moim ramieniu.
  - Powiedz nam. - zaczęłyśmy chórem i spojrzałyśmy na mężczyznę.
<Anabelles? Wyjaśniaj, to Twój znajomy>

środa, 4 marca 2015

Opowiadanie piętnaste, ręka Anabelles [Nie mogłam się powstrzymać!]

   Kolejna lekcja.Tym razem teoria zaklęć, czego dowiedziałam się z tablicy ogłoszeń. Byłam podekscytowana przed pierwszymi zajęciami z tak ważnego przedmiotu. Ciągnęłam za sobą Vivi, która odleciała kompletnie. Nawijałam cały czas, jak to się cieszę, ale dziewczyna tylko gapiła się w ścianę. Parę osób na korytarzu podążyło za nami czujnym wzrokiem, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Przecież nie mogą wiedzieć o naszych wybrykach po lekcjach.
   Weszłam do klasy. Była to sala wykładowa na pięćdziesiąt osób, oraz, zamiast zwykłej mównicy, bardzo duży ekran, jakoś dwa na półtora metra. Usiadłam w drugim rzędzie, bo pierwszy był już cały zajęty. Siedziały w nim praktycznie same pustaki oraz Shannie. Jak zwykle panna najlepsza na początku klasy, co?, pomyślałam z goryczą. Przyklapnęłam na niewygodne, drewniane krzesło. Viv zrobiła to samo. Oparłam głowę na rękach, kładąc się i pogrążyłam się w rozmyślaniach.
   Pomieszczenie powoli wypełniało się uczniami. Około minutę przed rozpoczęciem lekcji ekran włączył się. Odgadłam, że to profesor Ganaha. Pomimo swojej niepełnosprawności podobno bardzo lubi swoich uczniów, co ukazywał wyraz jej twarzy. Szeroki uśmiech rozświetlał ją. Siedziała na swoim łóżku i najwyraźniej coś mówiła. Wszyscy popatrzyli po sobie, nie wiedząc co się dzieje. Nauczycielce najwyraźniej coś się przypomniało, bo zaczęła dziko machać rękami do kogoś za kamerą. Wtedy dźwięk się włączył i nareszcie usłyszeliśmy głos pani profesor.
    - Witajcie moi drodzy. Widzę nowe twarze w klasie - spojrzała na mnie i Viv. Uśmiechnęłam się do niej i pomachałam - Tak, ja też się cieszę, że was widzę. Z tej okazji chciałabym wypróbować wasze umiejętności. Proszę, stańcie na środku.
   Posłusznie udałyśmy się w wskazane miejsce, ja, moja przyjaciółka i Shan. Skrzywiłam się, ale nic nie powiedziałam. Na pierwszy ogień poszła Viv.
   Stanęła na podwyższeniu i zamarła. Wszyscy czekali w napięciu, a ona po prostu stała i się patrzyła. W końcu Shannie parsknęła śmiechem.
    - Wiesz ty w ogóle, co masz robić?
   Dziewczyna pokręciła głową. Ja z resztą też nie wiedziałam. Oczywiście jako najlepsza i najmądrzejsza musiała nam pokazać, jak się czaruje. Stanęła na miejscu Vivi, która po prostu zeszła ze sceny. Przymknęła oczy i zaczęła coś nucić pod nosem i machać ręką na wszystkie strony. Kiedy wszyscy myśleli, że już nic nie zrobi, ona krzyknęła;
    - Livar!
   Cała sala pogrążyła się we mgle. Parę osób zaczęło coś mówić, inne siedziały i się patrzyły. Nic nie widziałam, tylko szarą, poruszającą się ścianę. Zamachnęłam się rękami, aż natrafiłam na coś. Pomacałam. Usłyszałam śmiech i już wiedziałam, że nie był to dobry pomysł.
    - Wiem, że mnie kochasz i wielbisz, ale mogę to zgłosić jako próbę molestowania seksualnego.
   Spłonęłam rumieńcem. Chciałam coś odpowiedzieć, ale mgła rozwiała się, a wraz z nią mój tajemniczy rozmówca. Miałam wrażenie, że już kiedyś słyszałam ten głos, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie. Rozbrzmiały brawa dla wszechmocnej Shan. Nauczycielka także potakiwała, po czym uniosła dłoń. Oklaski ucichły.
    - Bardzo dobrze, panno...
    - Towers - dokończyła. Usiadła na miejsce i popatrzyła się ze wzgardą na Viv. Ta wróciła na miejsce i, podążając za przykładem Shannie, opuściła powieki. Wtedy jakby po jej ramieniu przeszedł impuls. Jej włosy nagle zmieniły kolor na brąz, a ona wzniosła ręce, tak samo jak poprzedniczka mrucząc coś pod nosem. W momencie, w którym po sali zaczęły przechodzić szumy, czy cokolwiek się stanie, ona otworzyła szeroko oczy. Jedno z nich było bordowe, jak krew. A może tylko mi się tak wydawało? To wrażenie utrzymywało się tylko przez chwilę, gdyż szybko zamrugała, aktywowała cały tryb maga i podbiegła do mnie. Gapiłam się na nią, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Wzięła mnie za rękę i wybiegłyśmy z klasy.
   Parę chwil później byłyśmy na dachu. Była tam otwarta altana, czyli daszek podparty czterema kolumnami w południowo - Kasotijskim stylu. Z pozoru nic się nie działo, ale już gdy straciłam nadzieję, że moja przyjaciółka rzeczywiście coś wyczuła, przed nami pojawił się mężczyzna w czarnym, długim płaszczu. Miał maskę w kształcie dzioba sępa i cylinder. Zza pazuchy wyjął trzy sztylety lśniące w blasku słońca. W jednym momencie aktywowałam tryb maga i odskoczyłam do tyłu. W samą porę, gdyż chwilę później w miejscu, gdzie przed chwilą stałam, głęboko w marmur wbite były dwa z ostrzy. Tylko jeden wymierzył w Viv, co mnie zdziwiło. Wtedy wyglądała doprawdy przerażająco. Oczy jej świeciły się złowróżbnie, usta rozciągały w szaleńczym uśmiechu. Trochę wytrąciło mnie to z równowagi, gdyż widziałam już wcześniej tryb maga Vivi i nigdy tak nie wyglądała. Stanęłyśmy w pozycji bojowej i przygotowałyśmy broń. Jak zwykle ona miała swoje łańcuchy przyczepione do nadgarstków, a mi, o dziwo, w rękach ukazał się ogromny, dwuręczny miecz. Miał różową rękojeść i śnieżnobiałe ostrze. Był dziwnie lekki, ale i nie za bardzo. Był idealny w każdym calu. Postawiłam pierwszy krok w kierunku wroga, ale szybko się zatrzymałam, gdyż przede mną wyrósł jak z ziemi kolejny jegomość. Był to profesor Tellerson. Przeskoczył po sztyletach i zamachnął się swoim mieczem. Chybił zaledwie o parę cali, ale to wystarczyło. Mężczyzna zniknął.
    - Vivi, umiesz go wyczuć? Będziesz w stanie go znaleźć? - rzucił przez ramię nauczyciel. Dziewczyna skinęła głową. Aż czułam znak zapytania wymalowany na mojej twarzy. Profesor machnął na ręką, przyzywając ją. Ja także poruszyłam się w jego stronę, ale on popatrzył na mnie takim wzrokiem, że natychmiast się zatrzymałam.
    - Ty nigdzie nie idziesz. Wracaj na lekcję.
   Dziewczyna jeszcze spojrzała na mnie smutnym wzrokiem i zeskoczyli z dachu na ziemię. Odprowadziłam ich wzrokiem, kiedy wychodzili przez główną bramę i popędzili ulicą.

***

   Wbrew przykazom profesora Tellersona nie wróciłam do klasy. Siedziałam w altanie, spuszczając nogi na dach. Wdychałam świeże, polne powietrze, a w moje powieki wpadały promienie zachodzącego słońca. Lepszej chwili chyba sobie wymarzyć nie mogę, pomyślałam, wzdychając. Do czasu.
   Poczułam nóż na swoim gardle, a potem pociągnięcie za włosy. Ktoś postawił mnie do pionu. Po mojej szyi rozszedł się nieprzyjemny, gorący oddech, kiedy napastnik przybliżył swoją twarz do mojej. Jęknęłam z bólu. Wtedy on popchnął mnie do przodu, więc upadłam z dużym impetem na zimny kamień. Aktywowałam tryb maga i wstałam. Potarłam bolące miejsce na szyi i spojrzałam na wroga. Wyglądał on dokładnie tak samo, jak ten, za którym pobiegli Viv i Nativoth. Tylko, że nie miał maski.
   Przypominał on młodego herosa. Miał intensywnie żółte oczy, z wysokimi kącikami zewnętrznymi. Wyglądał przez to trochę jak kot. Jego nas był wąski i długi, a usta wąskie. Gdyby nie jego wściekła mina na pewno urzekłby mnie. Jednak tego nie zrobił, gdyż to mogłoby wywołać problemy, takie jak ,,nie zabiję cię, bo jesteś zbyt śliczny" czy inną bzdurę. O ile oczywiście da mi szansę do zabicia się, bo wtedy raczej stawiłabym na jego wygraną i moją, niezbyt przeze mnie pożądaną, śmierć.
    - Gdzie jest mój brat, suko? - odezwał się, wyrywając mnie z rozmyślań. Przekręciłam głowę, nie rozumiejąc.
    - Pana brat? A my się w ogóle znamy? - zapytałam.
   Mężczyzna roześmiał się niemiło.
    - Zapytałem cię o coś, głupia. Nie wal mi tu formułek, tylko gadaj, gdzie jest mój brat.
  Wtedy zaczęłam się wściekać. Założyłam ręce na piersi i wbiłam wzrok w jego twarz.
    - Nie mam najmniejszego pojęcia, kim jest twój brat i dlaczego go zgubiłeś, więc mnie w to nie mieszaj. Pójdę już, jeżeli pozwolisz.
   Skrzywił się i w jednym momencie znalazł się przede mną. Złapał mnie za koszulkę i podciągnął do góry.
    - Albo i nie pójdziesz. A teraz ci coś powiem. Tamtego wieczoru mój brat poszedł do baru. Hazzel's, nie wiem, czy kojarzysz.
   Nie mogłam ukryć swoich rozszerzonych oczu, gdy był tuż przede mną. Nie ukazał żadnych emocji na moją reakcję. Jego twarz nadal miała wkurzony wyraz.
    - I wiesz, co ci powiem? Ty też tam byłaś. Odwalałaś jakieś tańce na scenie. I tej nocy on nie wrócił do domu. Możesz mi w końcu powiedzieć, gdzie do cholery jest mój brat, wiedźmo?
   Roześmiałam się, czy to z nerwów, czy z głupoty tego faceta.
    - A sprawdzałeś w barze?
    - Moi ludzie codziennie tam siedzą i obserwują. Nie było go tam od tamtej nocy - odpowiedział szybko.
   Zastanowiłam się chwilę i wpadłam na pomysł.
    - Jak mnie puścisz, to ci powiem, na co wpadłam - puścił mnie, cały czas bacznie obserwując moje ruchy. Wygładziłam ubranie.
    - Kiedy wychodziłam, powiedział, że zawsze go tam znajdę, kiedy będzie mi źle.
   Przywalił mi w twarz. Kopnął w brzuch. Podciął nogi. Upadłam na ziemię, czując łzy w oczach. Popatrzyłam na niego z wyrzutem i zasłoniłam się rękami, kiedy podniósł nogę. Uniósł brwi i przysiadł przy mnie.
    - Czemu mnie nie atakujesz? Mogę cię tu bezkarnie kopać, a ty nawet palcem nie ruszysz.
   Opuściłam ręce i przetarłam oczy.
    - Nie mogę cię pobić. Po prostu...nie mogę. Dobra, to mogę iść do tego klubu. Już...już idę.
   Skierowałam się po schodów, ale zatrzymałam się, kiedy usłyszałam głos z tyłu.
    - Mam nadzieję, że jest jej wystarczająco źle. Gdzie jesteś, stary...?
   Zacisnęłam dłonie w pięści i odeszłam szybkim krokiem.

***

   Zapłaciłam recepcjonistce za wejście. Miałam na sobie sukienkę dłuższą z tyłu, krótszą z przodu. Była wielowarstwowa na dole, biało - różową, w kolorach mojego trybu maga. Opinała mnie w pasie, na tyle, że nie mogłam złapać oddechu. Miała rękawy do połowy ręki i wysoki kołnierz. Sukienka zasłaniała wszystkie miejsca, w które uderzył mnie ten facet na dachu, oprócz twarzy. Na nią założyłam chustkę, białą, mieniącą się na różowo, a do tego kapelusz z różowym piórem. Na stopach miałam wysokie kozaki, białe z różową podeszwą.
   Weszłam na salę i praktycznie od razu go zauważyłam. Stał pod ścianą z rękami w kieszeniach. Mając na twarzy ten swój drwiący uśmieszek, zobaczył mnie i usunął się głębiej w cień. Jednak ja nie przyszłam, aby tańczyć i się bawić, tylko żeby z nim pogadać, więc ruszyłam od razu do niego. Miałam ochotę puścić się biegiem, ale stwierdziłam, że to by było głupie. Ludzie mogą zrozumieć, że dziewczyna śpieszy się na spotkanie z chłopakiem, ale żeby biegać po klubie? Albo z nią jest coś nie tak, albo coś się dzieje, myśli przeciętny klubowicz. Podeszłam do niego i oparłam się obok niego. Syknęłam, kiedy zabolał mnie brzuch. Wtedy wyraz jego twarzy diametralnie się zmienił. Z uśmieszku powstał wyraz zmartwienia i, czy dobrze widzę?, zdenerwowania. Złapał mnie za ramię, lekko, ale zdecydowanie i pociągnął jeszcze głębiej w cień. Otworzył jakieś drzwi i wciągnął mnie do pomieszczenia.
   Był to chyba jakiś składzik, ale, o dziwo, w ogóle nie słyszałam muzyki. Pochylił się i zaczął oglądać moje zgięcia nóg.
    - Co jeszcze cię boli, oprócz zgięć i brzucha?
   Otworzyłam oczy szeroko.
    - Szyja i policzek - odpowiedziałam.
   Westchnął i wpatrzył się w podłogę. Nie mogłam zobaczyć jego twarzy ani włosów, bo miał na głowie kaptur. Podniósł dłoń do twarzy i chyba się po niej potarł.
    - Ten sen nie będzie trwał dłużej, co?
   Pokręciłam głową. Nie mogłam uwierzyć w ani jedno zdarzenie tego popołudnia i wieczora.
    - Jaki sen? A, właśnie, ja nie przyszłam, bo ktoś tam mnie gdzieś pobił, tylko dlatego, że zrobił to twój brat. Mówił, że uciekłeś z domu.
   Przy drugim zdaniu mój rozmówca nagle spiął się i podniósł. Mogłam dojrzeć tylko, że ma rude włosy, bo wystawały zza kaptura. Usiłowałam spojrzeć w jego twarz, ale uparcie mi na to nie pozwalał, odwracając się. Zaśmiałam się cicho, kiedy się tak kręciliśmy w jedną i drugą stronę. W końcu zatrzymałam się.
    - Czemu tak uciekasz od pokazania mi się? Myślisz, że ucieknę z wrzaskiem?
   Był tak spięty, że kiedy postawiłam krok w jego stronę, to podskoczył i ledwo powstrzymał odruch odwrócenia się. Po chwili ciszy wpadłam na jeszcze jeden, genialny pomysł. Jęknęłam i osunęłam się na ziemię. Kiedy to zrobiłam, naprawdę zaczął mnie boleć brzuch i zgięcia kolan. Zakręciło mi się w głowie i, tak jak przewidziałam, chłopak chwilę później był przy mnie. Spojrzałam w jego twarz.
   Przede wszystkim miał niesamowite zielone oczy, takiego samego kształtu, jak brat. Był naprawdę bardzo podobny do brata, może oprócz ust, które były trochę pełniejsze. Zrzucił kaptur, więc mogłam zobaczyć jego włosy. Były proste i długie, nawet podchodzące pod dziewczęce. Zaczął oglądać moje zgięcia kolan, które przybrały żywy, fioletowy odcień. Zdałam sobie sprawę, jak mocno przywalił mi ten typek na dachu. Coś mi na nie nałożył, jakąś maść i obwiązał bandażami. Zdjął mi kapelusz i chustkę, a także odwinął kołnierz. Tam także nałożył mi tą samą maść co na kolana, która zaczęła przyjemnie ochładzać moją skórę. Musiałam wyglądać naprawdę źle, bo mimo tych wszystkich uczynków nadal nie wyglądał na usatysfakcjonowanego. Założył mi z powrotem nakrycie głowy i pomógł wstać. Cały czas się chwiałam, więc wziął mnie na ręce i wyniósł z pomieszczenia. Przeszliśmy przez klub i udaliśmy się na dwór. Średnio jarzyłam, co się dzieje. Chyba on też zorientował się, że coś więcej jest ze mną nie tak, bo dotknął mojego czoła. Zaczął mi się rozmazywać, ale widziałam, że jest przerażony. Wybiegł ze mną na rękach na chłodną, nocną ulicę i zaczął coś krzyczeć, żebym się obudziła, żebym wyszła z trybu maga i coś tego typu. A może to było, że mam obudzić tryb maga? Nie mam pojęcia. Dotknęłam lekko jego policzka gorącą ręką i straciłam przytomność.

***

   Obudziłam się w białym łóżku, w białej sali. Koło nie siedziała Viv, która zerwała się natychmiast, kiedy otworzyłam oczy. Oczywiście, jak to Vivi może się zerwać, czyli po prostu wstała. Nic nie mówiąc, wyszła z sali. Słyszałam jeszcze chwilę jej kroki na korytarzu, aż ucichły.

<Viv? Kolejne opowiadanie pełne ciebie xd>

czwartek, 26 lutego 2015

Opowiadanie czternaste, ręką Vivi

   Savoir-vivre jest tym typem lekcji, na którym wystarczy mieć uroczy uśmiech by dostać piątkę. Tyle, że z tym zawsze jest pewien problem... Nie grzeszę zbyt częstym uśmiechaniem się. Co nie sprawia, że nie lubię tego przedmiotu, po prostu mam z niego 4.
   Anabelles złapała mnie za ramię i zaczęła powoli, lecz stanowczo ciągnąć w stronę sali lekcyjnej. Nie opierałam się jej, bo mam już doświadczenie i wiem, jak by się to skończyło. Podczas biegu musiałam jednak siłą przekonać moją spódniczkę, by poddała się grawitacji. Do sali wbiegłyśmy równo z dzwonkiem.
   Profesor Rowen już nas oczekiwał, był znany ze swej wręcz przerażającej punktualności. Spojrzał na nas i skinął głową na nasze miejsce. Spojrzałyśmy po sobie z Ann i usiadłyśmy. Reszta klasy była tam już wcześniej, byłyśmy ostatnie.  Nauczyciel przebiegł po nas wzrokiem i klasnął w dłonie ogłaszając rozpoczęcie lekcji. Odwrócił się do nas plecami, co było poniekąd nietypowe i wniósł całkiem spory stół, na którym ułożone było kilka kawałków materiału, kilka naczyń i koszyk ze sztućcami.
  - Dobrze kochani, zapewne domyślacie się, co będziemy dzisiaj robić (Ferb, ja wiem) - niestety, wypowiedzi profesora odpowiedziała głucha cisza. - Otóż, dzisiaj nauczę was nakrywać stoły jak profesjonaliści. Spójrzcie.
  Chwycił delikatnie koszyczek i naczynia i położył je na podłodze. Później złapał materiał, który później okazał się obrusem i jednym machnięciem dłoni idealnie nakrył stół. Sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął kilka czerwonych jak krew chusteczek, które ułożył przed każdym krzesłem. Podniósł talerze i ułożył je (kto by się spodziewał!?) na tychże chusteczkach. Później wziął do dłoni koszyczek i wyjmował jeden widelczyk, nożyk, łyżeczkę po kolei i układał je wokół talerzy z prędkością światła. Gdy już skończył, spojrzał na nas.
  - To jak, ktoś powtórzy? - uśmiechnął się szarmancko.
   Ku jego zdziwieniu z ławki podniosła się Shannon. Oszołomiony przywrócił zastawę do pierwotnego stanu. Dziewczyna podeszła do niego i powtórzyła wszystko bez mrugnięcia okiem. Profesor był oszołomiony do tego stopnia, że przesiedzieliśmy całą lekcję w pseudo "milczeniu". Dzwonek zadzwonił przyjęty przez nas entuzjastycznie, a nawet nie zauważony przez nauczyciela.
   Wyszłyśmy na korytarz z oczami wlepionymi w Shannon.
  - Co teraz? - spojrzała na mnie pytająco Ann.
   Nie usłyszałam pytania, a nawet jeśli bym to zrobiła, to nie miałam najmniejszego pojęcia O najbliższej godzinie.
  - Co teraz? - spytałam po dłuższej przerwie. Anabelles spojrzała na mnie z wyraźnym poirytowaniem.
<Anabelles? Sry, ale pisałam to po #rozmowie z Mikim i jednocześnie słuchałam ansłerów Namae na pytania od publiczności, czyli w skrócie - rozproszenie 99% i kreatywność 1%>

środa, 25 lutego 2015

Opowiadanie trzynaste, ręką Anabelles

   Naleśnik z głośnym plaśnięciem wylądował na podłodze. Zaklęłam szpetnie, po czym podniosłam go i położyłam w roztargnieniu na talerz. Rozlałam ciasto na patelni i odwróciłam się do Viv. Ona gapiła się na swoje danie, jakby zastanawiając się ,,zjeść czy zostawić". Cała ona, westchnęłam i powróciłam do pracy. Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł...
   Rozglądnęłam się, czy w pobliżu nie ma nauczyciela i szturchnęłam przyjaciółkę w ramię. Szepnęłam jej do ucha, aby popilnowała przez chwilę mojego naleśnika. Nie zaczekałam, aż sens moich słów do niej dotrze, ale od razu schyliłam się i przekradłam się bezgłośnie do stanowiska Shan. Wzięłam garnek i rozpoczęłam proces robienia zupy pieczarkowej. Czułam na sobie czujny wzrok koleżanki.
    - Wiem, że trochę źle zaczęłyśmy, ale mam nadzieję, że uda nam się to naprawić. Jak pewnie już wiesz, mam na imię Anabelles. Moja zmulona przyjaciółka to Vivi - powiedziałam, krojąc marchewkę.
    - Vivi? To skrót od Vivienne? - zapytała, siląc się na przyjazny ton. Wepchnęłam warzywo do gotującej się wody i spojrzałam na dziewczynę. Miała zaciśnięte usta, a jej czy wyrażały głęboką pogardę. Zastanawiałam się, co ją tak zepsuło. Pewnie miała zbyt pobłażliwych, bogatych rodziców. Dokończyłam zupę i wróciłam na swoje poprzednie miejsce. Zastałam tam Viv gapiącą się na swoje danie z taką samą miną, jak wcześniej.
    - Może lepiej zjedz - wtrąciłam się w jej rozmyślania - zanim wystygnie.
   Dziewczyna popatrzyła na mnie i skinęła głową. Usiadła przy stole i zaczęła jeść. Przyjaciółka spełniła moją prośbę i dokończyła naleśnika, jednak musiałam usmażyć jeszcze co najmniej jednego, aby dostać pozytywną ocenę. Stwierdziłam, że oddam jej moją zupę. W końcu ona zjadła swój wytwór, jakim był kurczak zapiekany w sosie słodko - kwaśnym. Spojrzałam na zegarek. Do końca zajęć pozostało około piętnaście minut, ale doszłam do wniosku, że upiekę jeszcze babeczki.

***

   Szłam korytarzem z Vivi u boku, niosąc tacę pełną parujących babeczek. Obie dostałyśmy oceny A - ona nawet pokazała resztki swojego kurczaka. Profesor westchnął i zachwycił się moją zupą, jednak naleśniki mu nie pasowały. Gdyby nie deser, dostałabym zapewne niższą ocenę. Z niejakim zirytowaniem patrzyłam, jak Shannie dostaje za swój jabłecznik z lodami i bitą śmietaną(dziewczyna utrzymywała, że zrobiła ją sama) także A. Jednak nic nie poprawiało mojego humoru bardziej niż myśl, że wieczorem przejdę się do Hazzel's. Może nawet spotkam tego dziwnego gościa, który wywołuje u mnie uciszenie sumienia i zdrowego rozsądku. Otworzyłam drzwi naszego pokoju i wrzuciłam do niego wszystkie swoje rzeczy.
   - Co potem? - spytałam Viv, dysząc lekko.
   - Savoir - vivre.
   Uśmiechnęłam się i podparłam się pod boki.
   - To chodźmy!

<Viv?>

piątek, 23 stycznia 2015

Opowiadanie dwunaste, ręką Vivi

   Osobiście nie mam nic przeciwko zielarstwu, ale Anabelles wyraźnie się nudziło. Lubię pierożki. To mi przyszło do głowy na myśl o tym, że następna jest lekcja gotowania. Później przypomniałam sobie, że kochany profesor Usuo ma zwyczaj odpytywania na koniec lekcji. Szybko przejrzałam notatki z całej reszty lekcji i usiadłam patrząc się w przestrzeń za szklaną ścianą. Nagle (a w każdym razie dla mnie nagle) w moim polu widzenia znalazła się różowo-czerwona czupryna. Profesor uśmiechnął się i ręką dał mi znak, bym wstała.
  - Vivi, to jak, w jakiś ziemiach mandragory rosną najlepiej?
   Popatrzyłam na niego i zastanowiłam się chwilę.
  - W czarnoziemie.
   Nauczyciel pokiwał głową na znak zgody i pozwolił mi usiąść. Ann patrzyła na mnie niezrozumiałym wzrokiem, otwierając szeroko oczy. Wzruszyłam ramionami i zagłębiłam się w lekturę podręcznika, gdy profesor chodził po szklarni, pytając przerażonych uczniów o różne wiadomości związane z zielarstwem.
   W pewnym momencie nauczyciel poprosił o wstanie moją przyjaciółkę. Przełknęła głośno ślinę i stanęła na drżących nogach. Profesor Usuo przyjrzał się jej i zadał pytanie, które mi wydawał się proste, jednak Ann zrobiła się blada.
  - W ile lat drzewo Klarowca staje się dorosłe?
   Wszyscy wpatrzyli się w dziewczynę, oczekując liczby. Miałam ochotę odpowiedzieć za nią, ale zanim zdążyła to zrobić, ona zdążyła zrobić to za mnie.
  - Pi...
  - Sześć - brutalnie przerwała jej dziewczyna, która właśnie weszła do klasy. Miała bardzo długie, falowane włosy, długie nogi i wąską talię, do tego delikatne rysy i duże, niebieskie oczy. Koło dziewczyny stałą profesor Flygray.
  - Przepraszam, że przeszkadzam, ale przyprowadziłam nową uczennicę tej klasy - powiedziała nauczycielka, po czym odwróciła się do całej klasy - Przedstawiam wam waszą nową koleżankę, Shannon Towers. Mam nadzieję, że przywitacie ją miło.
   Kobieta skłoniła się lekko i wyszła. Shannon rozejrzała się po sali i uśmiechnęła się lekko. Jedyne wolne miejsce było koło ponuro wyglądającego chłopaka, którego nie kojarzyłam. Najwyraźniej chciała się do niego dosiąść, ale w tej samej chwili profesor Usuo oznajmił koniec lekcji. Razem z Ann ruszyłyśmy do wyjścia, ale Shannon nas zatrzymała.
  - Cześć, jestem Shan. Też należę do uczniów specjalnych. Chciałabym się z wami zaprzyjaźnić - powiedziała niby miło, ale na twarzy gościł jej znudzony wyraz. Spojrzałam na Ann, ale ona tylko zacisnęła usta i nic nie powiedziała.

<Anabelles? Fajnie, fajnie ;-;>

wtorek, 20 stycznia 2015

Opowiadanie jedenaste, ręką Anabelles

   Obudziłam się o czwartej rano. W poniedziałek. Zerwałam się z łóżka i podeszłam do elektrycznego budzika. Podniosłam go i wpatrzyłam się tępo w godzinę. Doskonale wiedziałam, że do domu wróciłam około jedenastej w nocy, ale w sobotę. Przespałam całą niedzielę? Niemożliwe. Coś musi być na rzeczy.
   Ubrałam się w luźne czarne dresy, białą koszulkę z napisem ,,Metallica", oraz conversy i wyszłam z pokoju. Jak się można było spodziewać, na korytarzach było ciemno. Tylko z jednego pokoju dochodziło światło. Poszłam w jego stronę i zrozumiałam, że to pokój nauczycielski. Przyparłam plecami do ściany, by podsłuchać rozmowę.
    - ...co mamy z nimi zrobić. Mamy w szkole recydywistkę i striptizerkę, nad którymi nie mamy żadnej kontroli - rozpoznałam głos dyrektorki.
    - To jest nasz błąd. Musimy załatwić im stałych opiekunów i najlepiej więcej zajęć - powiedziała profesor Night.
    - Jakie zajęcia? Myślicie, że to im coś da? Nie, tu trzeba bardziej drastycznych metod... - tego głosu nie rozpoznałam, ale niewątpliwie należał do młodego mężczyzny.
    - Może jeszcze powiesz, żeby je wysłać do Akademii Świetlanej Przyszłości, żeby zrobili z nich Czarne Damy? Odwaliło ci coś? - zapytała ostro profesor Night.
    - Nie takim tonem, Night. Poczekajmy, może ich temperament się ustabilizuje. Jeżeli nie, to Świetlana Przyszłość będzie jedynym wyjściem.
   Pozostała trójka zamruczała coś pod nosem, ale nikt nie zaprotestował. Zabrałam się stamtąd jak najszybciej, stawiając długie kroki. Patrzyłam się w podłogę szeroko otwartymi oczami. Jak przez mgłę do mojego mózgu dostawały się następne wiadomości. Świetlana Przyszłość...Nazwa niby ambitna, ale szkoła przerażająca. Wróciłam do pokoju i opadłam bez sił na krzesło. Kim są Czarne Damy? Za dużo pytań, za dużo myśli. Miałam ochotę pójść do Hazzel's, ale ten facet pewnie stwierdziłby, że moje życie jest straszne. Odgarnęłam blond włosy z twarzy i wpatrzyłam się w przestrzeń.
   Godzina ósma nadeszła bardzo szybko. Obudziłam Viv, żeby poszła się umyć. Dziewczyna poszła pod prysznic, poruszając się z prędkością godną ślimaka. Ja w tym czasie poszłam do stołówki, gdzie przy stołach siedziało dużo uczniów ubranych w mundurki. Przywaliłam ręką w czoło. Zupełnie zapomniałam o przebraniu się! Wzięłam ze szwedzkiego stołu dwie kanapki z szynką i wróciłam do pokoju. Założyłam na siebie strój uszyty przez Viv i położyłam na stoiku kanapkę dla niej. Stwierdziłam, że pójdę na zajęcia pierwsza. Poszłam do głównego holu i wpatrzyłam się w tablicę z ogłoszeniami. Wisiał na niej także plan lekcji. Pierwsze mieliśmy zielarstwo. Ruszyłam do szklarni, pogryzając kanapkę.
   Budynki zielarskie były duże i przestronne. Usiadłam na jednym z krzeseł ustawionych pod ścianą. Założyłam nogę na nogę i wpatrzyłam się w uczniów. Rozmawiali wesoło albo czytali coś w podręcznikach. Westchnęłam ciężko kiedy zdałam sobie z tego, że zapomniałam książek. Na szczęście Viv, która przyszła ledwie parę minut przed rozpoczęciem lekcji, przyniosła mi je. Podziękowałam jej gorąco i przejrzałam torbę. Były w niej wszystkie książki. Wyciągnęłam podręcznik do zielarstwa i odłożyłam pakunek.
   Nauczyciel przyszedł równo o dziewiątej. Mężczyzna miał podkrążone oczy, różowo  - czerwone włosy i intensywnie ziole oczy. Stanął przy górnej krawędzi stołu i poukładał sobie książki. Potem przeciągnął po wszystkich wzrokiem, na dłuższą chwilę zatrzymując się na mnie i Vivi. Westchnął i uśmiechnął się.
    - Witajcie na zajęciach z zielarstwa. Dzisiaj zaznajomię was tylko z tym, co będziecie robić w tym roku. Otwórzcie książki na stronie piątej...
   Spięłam się. To ten nauczyciel głosował za drastyczniejszymi metodami. Od tej chwili wiedziałam, że go nie lubię. Posłusznie wykonałam polecenie, ale ręce mi się trzęsły i podręcznik wypadł mi z rąk. Wymamrotałam coś i podniosłam go. Podniosłam rękę i spytałam o pójście do toalety. Profesor przyjrzał mi się uważnie, ale zgody udzielił. Wstałam i wyszłam ze szklarni, pod czujnymi spojrzeniami uczniów.
   Będąc w toalecie oparłam się o umywalkę. Coś złego się ze mną dzieje, pomyślałam patrząc sobie w oczy. Nagle w lustrze zobaczyłam postać jakiegoś mężczyzny. Obróciłam się gwałtownie, ale nikogo nie było. Wybiegłam z pomieszczenia i wróciłam na lekcję. Viv siedziała i patrzyła gdzieś w połowę podręcznika, a gdy usiadłam na krześle podniosłą wzrok. Pochyliłam się nad nią.
    - Kiedy koniec lekcji?
   Spojrzała na zegarek.
    - Jeszcze dziesięć minut.
   Wzniosłam oczy do nieba. Jeszcze tyle czasu, ale na szczęście później mamy gotowanie. Wsadziłam nos w książkę i czekałam na oznajmienie końca lekcji.

<Viv?>

Opowiadanie dziesiąte (taka fajna liczba), ręką Vivi

   Nie wiem, co zrobiła Ann po tym, jak wyszła. Nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, ale nie wiedziałam, co zrobić. Po jakimś czasie postanowiłam, że za nią pójdę. Nie zdążyłam zrobić nawet kilku kroków, a poczułam na przedramieniu rękę chłopaka, z którym wcześniej wygrałam. Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i wskazał ręką na tablicę. Znowu musiałam z kimś tańczyć. To były finały. W poprzednim starciu wygrał numer 3. Była to dziewczyna o podejrzanie zielonych włosach i anorektycznej sylwetce. Jej czoło zdobiły kropelki potu. Wyglądała poważnie. Patrzyłam się na nią dość długo, by stwierdzić, że mam z nią małe szanse. Wyglądała jak Aomine Daiki po wejściu w "Zone". Jej oczy błyszczały się niezdrowo. numer 6 spojrzał na mnie pokrzepiająco, uścisnął mi ramię i uśmiechnął się.
  - Powodzenia.
   Popatrzyłam na niego. Uznałam, że nie mam nic do powiedzenia i poszłam na podest. Obydwie nawet nie konsultując tego ze sobą wybrałyśmy trudny. Wybór piosenki zostawiłam przeciwniczce. Nie zdążyłam przeczytać tytułu, bo już zaczęły pojawiać się strzałki w każdej możliwej kombinacji. Nie, żebym jakoś strasznie nie nadążała, ale po prostu nie mogłam się skupić. Dziewczyna poruszała nogami tak szybko, że aż tego nie widziałam. Wtedy pomyślałam, że powinnam wygrać. Tak, dla siebie.
   Zaczęłam przyspieszać. Liczba na wyświetlaczu z każdym krokiem rosła. Zaczął wybrzmiewać finał. za późno pomyślałam o tym, że chcę wygrać, dlatego postarałam wycisnąć z siebie wszystko. Gdy piosenka się skończyła, obydwie ledwo stałyśmy na nogach. Obydwie patrzyłyśmy na wyniki...
   Numer 3 - 3987 punktów. Numer 8 - 3988 punktów. Wygrałam jednym punktem, a to praktycznie niemożliwe. Patrzyłam się na tablicę nic nie rozumiejąc do momentu, w którym chłopak numer 6 założył mi na głowę czapkę clowna z napisem "ZWYCIĘZCA". Inna dziewczyna wręczyła mi małą statuetkę przedstawiającą dziewczynę na podeście do DDR. Ręce drżały mi ze zmęczenia, a statuetka upadła na ziemię. Była plastikowa. No cóż, nie miałam na to czasu, musiałam wracać do szkoły. Szybko wyszłam, ale stanęłam przy oknie w sali fitness'owej. Wiedziałam, że nie wolno mi tego robić, ale byłam zbyt zmęczona. Uruchomiłam Tryb Maga, wybiłam łańcuchami szybę i skoczyłam.
   Gdy leciałam, wiatr mierzwił moje krótkie włosy. Zaczęłam się histerycznie śmiać. Wydłużyłam łańcuchy na rękach i zaczęłam udawać Spiderman'a. Skakałam z jednego budynku a drugi mając kompletnie gdzieś to, że ludzie mnie widzą. Cały czas chichocząc wskoczyłam na jeden z mniejszych budynków i pobiegłam po nim. Zeskoczyłam na ziemię i rozłożyłam ręce. Tak dawno nie byłam na zewnątrz! Tak dawno nie byłam wolna! Zawisłam na lampie ulicznej i odchyliłam głowę do tyłu.
   Kątem oka zobaczyłam jakąś osobę stojącą pod lampą. Przekręciłam się i skoczyłam.
  - Nie powinnaś wracać do domu? - spytał mężczyzna w dużym kapturze. - Dużo złych rzeczy dzieje się, gdy takie dziewczynki jak ty chodzą po nocy...
   Zaczął się do mnie zbliżać. Uśmiechnęłam się krzywo i mocniej ścisnęłam łańcuchy w rękach. Machnęłam nimi i przewróciłam mężczyznę. Usiadłam na nim okrakiem i nachyliłam delikatnie. Jego oczy wyrażały przerażenie, gdy kaptur opadł.
  - Zapomnisz. - szepnęłam.
   Złapałam go za szyję i rzuciłam o ścianę najbliższego budynku. Krew polała się po jego czole. Nie wiedziałam, czy był martwy, czy nie. Nie interesowało mnie to. Wróciłam do szkoły lekkim truchtem. Nieco bałam się wejść do szkoły centralnymi drzwiami po północy, więc weszłam do pokoju oknem i wyłączyłam Tryb Maga dopiero tam. Spojrzałam na swoje ręce mętnie. Mimowolnie weszłam do łazienki i umyłam ręce. Później byłam tak zmęczona, że padłam na łóżko w ubraniach.
<Anabelles?>

Nowy uczeń!

Do klasy Id właśnie dołączył nowy uczeń - Nuuki Koshimazaki/Peach Psychic Genesis! Serdecznie witamy!




poniedziałek, 19 stycznia 2015

Opowiadanie dziewiąte, ręką Anabelles

   Viv stanęła na podeście z tym chłopakiem. Trochę zdziwiło mnie to, że wybrali poziom trudny. Byłam bardzo ciekawa, jak pójdzie przyjaciółce. Pierwsze nuty piosenki ,,Overmaster" wydobyły się z głośników.
   Góra, bok, dół, góra...Nie miałam pojęcia co dzieje się na ekranie, a także jak zmulona Viv tak szybko się porusza. Jej przeciwnikowi także szło doskonale. Wyglądali jakby ćwiczyli mnóstwo czasu, tańcząc dokładnie w takim samym tempie i rytmie. Poczułam ukłucie zazdrości, ale szybko zdusiłam je. Pod koniec piosenki oboje dyszeli i patrzyli uważnie na ekran. Moja przyjaciółka wygrała trzystoma punktami. Przyjrzałam się chłopakowi, ale nie zauważyłam w nim nic specjalnego. Następne miałyśmy się zmierzyć my, 7 i 8. Vivi stałą się jakby trochę żywsza, więc stwierdziłam, że będzie trudnym przeciwnikiem. Zamknęłam oczy i uniosłam ręce w górę, po czym opuściłam je powoli, wypuszczając z ust powietrze. W oczach pozostał mi już tylko upór.
   Miałyśmy tańczyć ,,Applause" Lady Gagi. Ucieszyłam się, bo całkiem lubiłam tą piosenkę. Weszłam na podest, czując obecność Viv obok siebie. Dziewczyna chciała wybrać poziom normalny, ale złapałam ją za rękę i skierowałam jej dłoń na trudny. Uniosła brwi, ale nic nie powiedziała.
   Zaczęło się bardzo ciężko, ale z tego co zauważyłam, to tylko dla mnie. Z upływem piosenki stawałam się coraz bardziej wściekła. W pewnym momencie przestałam panować nad sobą. Po moich nogach przepłynęła fala energii. Zaczęłam poruszać się coraz szybciej. Nagle zaczęłam zbierać coraz więcej punktów, a po sali przebiegł szmer. Jeszcze tylko chwila, tak niedaleko do zwycięstwa...Muzyka urwała się, a ja straciłam moją moc. Padłam na kolana, skrajnie wyczerpana. Po moich policzkach spłynęły łzy. Jestem beznadziejna, pomyślałam zrezygnowana. Viv patrzyła na mnie, z ręką na jakimś przycisku. Najwyraźniej też zauważyła, że tracę kontrolę. Wstałam chwiejnie i wyszłam za drzwi pokoju, kątem oka zauważając czerwone pole nad moim numerem. Przegrałam.
   Wlokłam się ciemną ulicą, ruszając wolno nogami. Stopy unosiłam ledwie nad ziemię, mijając szare budynki gdzieniegdzie pokryte jasnymi neonami. Z barów dochodziły mnie śmiechy i rozmowy, a także głośna muzyka. Po chwili marszu moją uwagę przykuł jeden z klubów. Nie wyglądaj jak burdele, które dotychczas mijałam. Odczytałam jego nazwę na neonie. Hazzel's. Weszłam do niego i zobaczyłam kobietę w ładnej, obcisłej sukience stojącą za kontuarem. Spojrzała na mój strój i zacmokała. Zamknęłam ciężkie, drewniane drzwi za sobą i podeszłam do blatu.
    - Ile kosztuje wejściówka? - spytałam, trzymając ręce za plecami.
    - Trzydzieści Auro.
   Nawet nie tak źle. Wyjęłam banknot z kieszeni i wsadziłam go w wyciągniętą rękę kobiety. Przyjęła pieniądze, ale gdy chciałam odejść zatrzymała mnie.
    - W czymś takim nie wejdziesz. Za mną jest szatnia. Możesz się tam przebrać, jak masz w co, a jakby co to możesz wypożyczyć sukienkę za dodatkowe pięć Auro.
   Skrzywiłam się, ale weszłam do pomieszczenia. Gdy zobaczyłam stroje, które można wypożyczyć, to nie mogłam powstrzymać parsknięcia. Tak obcisłych miniów to świat jeszcze nie widział. Miałam wątpliwości co do tego czy zakryją mi majtki. Przyciśnięta do muru zdecydowałam się zrobić coś głupiego. Wezbrałam w sobie energię i aktywowałam tryb maga.
   Tym razem na mój strój składała się różowa spódniczka mini, biała kurtka i czarny top, oraz wysokie botki z czarnej skóry. Uśmiechnęłam się triumfalnie i wyszłam z szatni. Wzrok recepcjonistki przebiegł po mnie i moim stroju. Wprost usłyszałam, jak rozdziawia usta ze zdziwienia.
   Weszłam do głównej sali, akurat na początek piosenki Animals. Muzyka wprost grzmiała w moich uszach, a ludzie skakali w jej rytmie. Rozglądnęłam się, ale było za ciemno, bym mogła zobaczyć cokolwiek oprócz podświetlonego baru i sceny, na której tańczył jakiś facet. Ruszyłam w stronę baru, kiwając głową. Usiadłam na wysokim stołku, po czym spojrzałam na menu. Spodobało mi się Teqiuni, więc odczekałam, aż podejdzie do mnie barman. Podałam mu nazwę drinku, a on poprosił o dowód osobisty. Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam dokument z kieszeni. Jak dobrze, że jestem magiem. Przelotnie spojrzał na niego i po chwili przyniósł mi kieliszek z napojem. Pociągnęłam łyk. Okazał się dobry, chociaż trochę zbyt słodki. Sącząc napój, przyglądałam się tłumowi. Światła błyskały, muzyka dudniła. Podobało mi się to. A przede wszystkim to, że nie było tu Viv.
   Ktoś podszedł do mnie. Mężczyzna przysiadł się na stołeczku obok i przybliżył twarz do mojego ucha.
    - Mnie nie oszukasz - powiedział. Obróciłam głowę, a moje usta znalazły się niebezpiecznie blisko jego. Uniosłam kącik ust.
    - Co mam zrobić, żebyś mnie nie wydał, tajemniczy nieznajomy? - zapytałam śmiało. On także się uśmiechnął i wstał.
    - Jeden taniec. Ale tak, żeby wszyscy cię zobaczyli.
   Pokiwałam głową. Pomógł mi wstać, a z głośników właśnie popłynął ,,Applause". Tym razem nie przegram, obiecałam sobie. Podest dla głównego tańczącego akurat stał pusty, weszłam więc na niego. Zaczęłam tańczyć, ale tym razem dziko i nieokiełznanie. Wykonywałam taniec brzucha, freestyle, dosłownie co się da. Ludzie krzyczeli i dopingowali mnie. Śmiałam się, a w głowie mi szumiało z podniecenia, a także częściowo przez drinka. Poczułam się wolna, jakby magia uśpiła moją ostrożność i kontrolę nad sobą.
   Piosenka się skończyła, a ja zeszłam z podwyższenia w wiwatach i gwizdach. Podeszłam do mężczyzny, który stał pod ścianą, bacznie mi się przyglądając. Złapałam się pod boki.
    - Nie mam pojęcia, jakiej magii użyłeś, ale dzięki. To mi pomogło.
    - To raczej ja ci powinienem podziękować. To, co tam odwaliłaś, było godne nie jednaj striptizerki.
   Popatrzyłam na niego urażona.
    - No, w każdym razie niedługo przybędzie tu jeden z twoich nauczycieli. Lepiej szybciutko uciekaj, mała myszko. Jak znowu będzie ci źle, to zawsze znajdziesz mnie tutaj.
   Skinęłam głową. Jednakże to ja musiałam mieć ostatnie słowo.
    - No chyba, że to ty wezwiesz mnie pierwszy.
   Odeszłam dumnym krokiem, kręcąc biodrami i do ostatniej chwili czując na sobie jego wzrok.
   Wyszłam z klubu. Recepcjonistka nawet nie zwróciła na mnie uwagi, ale ja pomachałam jej samymi palcami. Za drzwiami czekał na mnie mrok nocy, ale słyszałam szybko przybliżające się głosy. Ruszyłam ulicą, a w pewnym momencie wpadłam w jakiś zaułek i przykleiłam się do ściany. Parę sekund później usłyszałam trzask drzwi. Zachichotałam, po czym udałam się do szkoły. Podczas spaceru parę razu sprawdzałam, czy nikt za mną nie idzie, ale nikogo nie poczułam. Droga przebiegła mi spokojnie.
   Weszłam do pokoju i od razu rzuciłam się na łóżko. Wyłączyłam tryb maga. Wiedziałam, że śmierdzę po biegu, ale w tym momencie mnie to nie obchodziło. Roześmiałam się. Z tą nocą było coś nie tak. Byłam zbyt...szczęśliwa.
   W końcu zwlokłam się z łóżka i poszłam się umyć. Woda spływała po moim ciele, razem z całym syfem tego dnia. Po prysznicu czułam się znacznie lepiej, ochłonęłam po całym dniu. Wychodząc z łazienki byłam skrajnie wyczerpana, więc od razu poszłam spać. Gdy się kładłam, w pokoju nie było Viv, ale wtedy nie zwróciłam na to uwagi. Nie chciało mi się nią przejmować.

<Viv? Sorry, że tak bardzo nie było ciebie w tym opowiadaniu ;-;>

Nowa uczennica!


Mimo, że zapewne już nas znacie, to się przy okazji przedstawimy - Jesteśmy adminkami - Vivi i Anabelles, dla przyjaciół Viv i Ann. A oto...

Do klasy I c właśnie dołączyła nowa uczennica - Chiaki Ichiro/Neon Super! Serdecznie witamy!


Opowiadanie ósme, ręką Vivi

  Nie miałam pojęcia, co robić. Pięć minut to strasznie dużo czasu, a ja zazwyczaj nie mam pomysłu, jak taki czas spożytkować. Anabelles szybko się wczuła i zaczęła rozmawiać z innymi ludźmi. Z tego, co usłyszałam, poza nami brało udział jeszcze 5 innych osób, a żeby zostać oficjalnym uczestnikiem konkursu trzeba się zarejestrować u osoby stojącej pod drzwiami do sali. Ann podeszła i streściła mi całą rozmowę, pomijając niektóre szczegóły, które i tak słyszałam. Złapała mnie za rękę i pociągnęła do drzwi i zaczęła rozmawiać z kobietą w formalnym stroju.
  - Obydwie bierzecie udział? - spytała znudzonym tonem.
  - Mhm! - odpowiedziała Ann za nas obydwie.
   Kobieta pokiwała głową i wyrwała z dużego zeszytu, który trzymała dwie kartki. Anabelles otrzymała numerek 7, a mi chciała dać 8. Popatrzyłam się na niego przez chwilę.
  - No, weź to. - powiedziała.
   W milczeniu przyjęłam kartkę z numerem. Spojrzałam w górę i zobaczyłam dużą tablicę, na której wyświetlało się aktualnie "0 - 0". Zapewne miała po prostu wskazywać, kto się ze sobą zmierzy. Szybko straciłam zainteresowanie tablicą i spojrzałam na swój numerek, a później na Ann.
  - Na co czekasz? - spytała. - Zaraz się zacznie!
   Miała rację. Spojrzałam na siebie i zorientowałam się, dlaczego ludzie na nas patrzyli, gdy weszłyśmy. Koszula i dres raczej do siebie nie pasują. Ale moja podświadomość powiedziała mi dzisiaj rano, że mam konkurs, więc bez wahania zdjęłam koszulę. Dziecię Słońce spojrzało się na mnie próbując powstrzymać przed rozbieraniem się w miejscu publicznym, ale zaraz odetchnęło z ulgą. Pod koszulą miałam czarny top do tańca. Zgrabnym ruchem rąk przypięłam sobie kartkę do pleców. Akurat pięć minut minęło i rozpoczął się konkurs.
   Pierwsze startowały numery 5 i 7, dzięki czemu miałam okazję poznać umiejętności swojej przyjaciółki. Jej przeciwniczką była dziewczyna nieco młodsza od nas, którą miałam okazję poznać w zeszłym roku na innym konkursie. Była dobra. Ciekawiło mnie, jak sobie poradzi moja współlokatorka. Usiadłam na parapecie i patrzyłam na dziewczyny.
   Ustawiły poziom trudności na normalny. Za zgodą obydwóch stron mogły ustawić trudny, ale najwyraźniej nie zrobiły tego. Jako piosenkę wybrały "levan polkę". Obydwie mogłyby ją wybrać, to po prostu takie osoby. Zaczęły tańczyć. Góra, góra, lewo, dół, góra i dół... Kocham to.
   Trzy minuty później obydwie uczestniczki zawodów z błyszczącymi oczami patrzyły się na wyniki. Gracz 5 - 3762 punkty. Gracz 7 - 3894 punkty. To bardzo mała przewaga, ale Anabelles wygrała. Publiczność zaczęła klaskać, a Ann zeszła z podestu cała w skowronkach. Podbiegła do mnie  i wyciągnęła rękę, jakby chciała przybić mi piątkę. Jakieś pół minuty później okazało się, że faktycznie chciała to zrobić, więc również wyciągnęłam rękę. Przybiłyśmy to dziwne coś. Następne numery były równie dobre. Walczyło ze sobą 1 i 3, a później 2 i 4. Wygrało 3 i 2. Potem miałam tańczyć ja z jakimś chłopcem o buńczucznym wyrazie twarzy. Wstałam i poszłam na podest.
  - Vivi! Dasz radę! - krzyknęła Ann przykładając rękę do ust.
   Podniosłam rękę w geście potwierdzenia i przytaknęłam cicho. Spojrzałam na chłopaka i zgodnie kiwnęliśmy głową. Tupnęliśmy nogami i zmieniliśmy poziom na "trudny". Byliśmy jedyną parą, która to zrobiła. Wybraliśmy piosenkę "Overmaster". Nastała cisza i mieliśmy zacząć tańczyć.
<Anabelles? Jak mi poszło? xD>

niedziela, 18 stycznia 2015

Opowiadanie siódme, ręką Anablles

   Uśmiechnęłam się szeroko na myśl o tańcu. Uwielbiałam imprezy, głośną muzykę, wirujących ludzi. Co prawda, Dance Dance Revolution było tylko namiastką czegoś takiego, ale lepsze to niż nic. Ze szczęścia aż zaklaskałam. Vivi popatrzyła na mnie swoim zwykłym, zmulonym wzrokiem, ale ja nie zwróciłam na to uwagi i złapałam dziewczynę za rękę. Pociągnęłam ją tak mocno, że siatka omal nie wyleciała jej z dłoni. Profesor Night poszła szybkim krokiem za nami, a raczej za mną i workiem z ziemniakami, który tachałam za sobą. Chciałam się odpowiednio przygotować, więc udałyśmy się do pokoju.
   Młoda nauczycielka pożegnała się z nami przy drzwiach.
    - Jeżeli tylko usłyszę, że zniszczyłyście studio, to wiecie, co się będzie działo.
   Mimo ostrzeżenia nic nie mogło mnie zniechęcić. Nucąc pod nosem i trzymając rękę Vivi w żelaznym uścisku weszłam do pokoju. Puściłam ją i zostawiłam samej sobie. Wyjęłam z szafy luźny, oczowaląco różowy dres i czarne conversy w kwiatki godne dresu. Przebrałam się w łazience, a gdy wyszłam z pokoju zobaczyłam stojącą w tym samym miejscu Vi. Spojrzałam na zegarek. Minęło dopiero dziesięć minut.
    - Ej, Viv, jak daleko jest to całe studio?
   Popatrzyła na mnie tępo. Poczekałam chwilę, aż zajarzy o co mi chodzi.
    - Około piętnaście minut stąd. To w Qaktusie. Idziemy?
   Pokiwałam żywo głową, ale nagle zwątpiłam w swoją decyzję. Vivi miała na sobie jeansy, luźną koszulę w kratę i skórzane buty. Nijak nie nadawała się do tańca, a do Qaktusa chciałam się przebiec. Pchnęłam ją w stronę szafy, by sobie coś wybrała. Po dłuższym czasie wzięła fioletowy dres i czarne trampki. Także zmieniła ubranie i wyszłyśmy ze szkoły.
   Droga do stolicy prowadziła cały czas w dół. Biegłyśmy chodnikiem, a na jezdni nie było żadnego samochodu. Gdy dotarłyśmy na miejsce, byłyśmy zziajane i wyczerpane.
   Studio okazało się być wysokim wieżowcem. Miało ono czterdzieści pięter, a do trzydziestego ósmego znajdowały się tam tylko biura. Na ostatnie dwa składał się klub i fitness. My szłyśmy do tego drugiego. Weszłyśmy do eleganckiego budynku i windą znalazłyśmy się na górze.
   Sama sala od fitnessu była ogromna. Były tam bieżnie, sztangi, a także wiele przedmiotów o których nie miałam pojęcia. Aż westchnęłam z wrażenie, jednak zawody w DDR odbywały się w dużo mniejszym pomieszczeniu z przyciemnionymi oknami. Stał tam duży telewizor po jednaj stronie, a po drugiej maszyna, która, jak wywnioskowałam, służyła do Dance Dance. Przy ścianach znajdowały się też kanapy, na których siedział szemrzący tłum. Na nasz widok wszyscy umilkli, ale gdy drzwi zatrzasnęły się za nami wszystko wróciło do normy. Razem z Viv usiadłyśmy pod ścianą. Do konkursu pozostało jeszcze tylko pięć minut.

<Viv? No wena, no tekst -,->

sobota, 17 stycznia 2015

Opowiadanie szóste, ręką Vivi

  - Przyniosłam Ci książki, kiedy rozmawiałaś z dyrektorką... - powiedziałam powoli.
  - Pamiętasz, że dzisiaj sobota, prawda? - odparła Anabelles, patrząc na mnie pobłażliwie.
   Zastanowiłam się chwilę... Wczoraj nie szłam do szkoły, więc była albo sobota albo niedziela... Ale przedwczoraj już tam byłam... Tak, dzisiaj sobota.
  - Wiem. - powiedziałam po głębszym przemyśleniu sprawy. - Jednak mogłabyś się zacząć przygotowywać.
  - Oj no weeeeeeeeź.... - jęknęła. - Jest sobotaaaaaa, nie możemy porobić czegoś ciekawszegoooo...?
  - Na przykład?
  - Zorganizujmy pidżama party!
   Pomyślałam przez chwilę. Skoro dopiero co było rano, to znaczy, że do wieczora zostało dużo czasu. Czyli nie było sensu organizować przyjęcia w tym momencie.
  - Jest ranek. - oznajmiłam.
  - Wiem, ale możemy to zrobić wieczorem, a teraz zacząć się przygotowywać!
  - Niby... Jak..?
  - No normalnie! Wyjdźmy do sklepu, kupmy słodycze...
  - Słodycze?! - przerwałam jej. - Chodźmy. Teraz. Już.
  - Dobra, dobra...
   Otworzyłam drzwi i wyszłam na zewnątrz. Anabelles była tuż za mną. Wyglądałyśmy poniekąd dziwne, ponieważ zapomniałam się przebrać, ale nawet tego nie zauważyłam. Szłyśmy szybkim marszem przez półkoliste korytarze. Osobiście wyznawałam zasadę "Festina Lente" ale dla słodyczy byłam w stanie zrobić wyjątek.
   Na schodach minęłyśmy profesor Rose. Zatrzymałam się na chwilę.
  - Proszę Pani.
  - Słucham? - zatrzymała się.
   Profesor Rose nie wyglądała raczej na osobę dojrzałą. Wiecznie w czapce z kocimi uszami i w rozczochranych włosach, nie grzeszyła autorytetem. Ale jej osobowość zgoła przeczyła wyglądowi. Jest twarda. Aż nadto.
  - Możemy iść do miasta..? - spytałam powoli.
  - Nie sądzę, żebym puściła was same, ostatnio dużo namieszałyście.
   Spuściłam wzrok, tak samo Anabelles.
  - Jednak mogę pójść z wami.
   To kompletnie do niej nie pasowało. Rzadko kiedy wyrażała zainteresowanie moją osobą. Podejrzewam, że chciała po prostu określić swój stosunek do mojej towarzyszki. Myślenie nad tym zajęło mi sporo czasu, pani profesor zaczęła się niecierpliwić. Otrząsnęłam się i ukłoniłam grzecznie.
  - Dziękuję. - powiedziałam i usłyszałam głos pokrywający się z moim. To była Anabelles.
   Nie spodziewając się niczego więcej po nauczycielce odwróciłam się na pięcie (ha, udał mi się ten wyczyn na schodach) i poszłam dalej. Ann próbowała zagaić rozmowę, aczkolwiek średnio jej to wychodziło, ponieważ zapomniałam o jej obecności. Opuściłyśmy budynek szkoły i zmierzałyśmy do miasta niedaleko.
   Po jakichś 15 minutach dotarłyśmy do malutkiej mieściny, a właściwie na plac pełen sklepów. Szkoła była jednym z bardzo niewielu budynków mieszkalnych na wyspie. W cukierni byłam dość znana, więc wystarczyło przedstawić Anabelles, która zrobiła na sprzedawcy duże wrażenie. Nic dziwnego, to przecież Dziecię Słońce.
   Cukiernia była dosłownie taka, jaką sobie wyobrażałam gdy byłam mała. Była godna tej od Pipi Pończoszanki, jeśli nawet nie lepsza. Było tam dosłownie wszystko. A najwięcej to tam było różu. Idealne miejsce dla Dziecięcia Słońca.
  - To co zwykle, Vivuś? - spytał nie patrząc na mnie, tylko na dziewczynę.
  - Tak. - odparłam.
  Sprzedawca pokrzątał się chwilę, po czym podał mi całkiem sporą torebeczkę, w której znajdowało się mnóstwo makaroników, mochi, ciasteczka i ręcznie robione pocky.
  - Dziękuję... - powiedziałam i już chciałam wyjść,, gdy nagle poczułam na swoim ramieniu rękę.
  - Czekaj, Vivuś. - powiedział. - Mam dla ciebie wiadomość.
   Nie czekał na moją reakcję, bo wiedział, że trwałaby ona strasznie długo.
  - Za godzinę jest konkurs Dance Dance Revolution. Jeślibyś chciała, to wstąp, wiesz gdzie to jest.
   Nie musiałam komentować. Odwróciłam się i wyszłam z budynku.
  - Chcesz iść ze mną? - spytałam się mętnie. - Możesz wziąć udział. - mimo, że patrzyłam tylko na współlokatorkę, pytanie było skierowane również do pani profesor.
  - Mam dawać wam swobodę, muszę tylko zadbać o to, byście nic nie zniszczyły.
   Spojrzałam wymownie na Ann, po czym sobie coś przypomniałam. Przecież wiedziałam o tym konkursie i to o niego chciałam spytać Anabelles dzisiaj rano! Spojrzałam na nią jeszcze wymowniej.
<Anabelles? Nie miałam lepszego pomysłu>

sobota, 3 stycznia 2015

Opowiadanie piąte, ręką Anabelles

   Jeszcze zaspana ruszyłam za Vivi korytarzem, ale łyk ledwie letniej gorącej czekolady i tak mnie otrzeźwił.
    - Vivi... Jaki dzisiaj jest dzień?
   Dziewczyna stanęła w miejscu i zastanowiła się. Po paru sekundach odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem do pokoju. Biorąc pod uwagę to, że była sobota zajrzałam do szafy, szukając jakiś ciuchów. Zauważyłam parę nowych sztuk, których nie było w mojej walizce wcześniej. Wzruszyłam ramionami i wzięłam długie jeansy, koszulkę opadającej mi z jednego ramienia z angielską flagą oraz czarny top na spód. Spytałam przyjaciółkę gdzie jest łazienka, a ona wskazała mi drzwi za moimi plecami. Dziwne, że ich wcześniej nie zauważyłam. Weszłam do środka i zobaczyłam bardzo kolorowy pokój. Prysznic za szybą wyglądał bardzo luksusowo. Toaleta i umywalka z materiału przypominającego granit także nie wyglądały jak moje w starym domu. Zatrzasnęłam drzwi i przebrałam się. Uczesałam włosy, które w nocy zmieniły się w burzę kołtunów. Przybliżyłam nos do prostokątnego lustra nad umywalką i popatrzyłam w swoje oczy. Widać w nich było zmęczenie, które towarzyszyło też moim ruchom. Wyszłam z pomieszczenia ze spuszczoną głową. Pierwszym, co zobaczyłam, była profesor Liar. Skuliłam się w sobie i rzuciłam stare rzeczy na łóżko.
    - Anabelles, proszę, chodź ze mną.
   Kobieta wyszła, a ja cicho podążyłam za nią. Spodziewałam się wiadomości o wyrzuceniu ze szkoły, albo jeszcze gorzej. Poprowadziła mnie po schodach na piętro,a potem do gabinetu dyrektora, urządzonego tak jak się spodziewałam. W jednym kącie stała półka na książki, a w drugim blat, na którym leżała spora sterta papierów. Profesor usiadła za biurkiem, które stało pod dużym oknem z widokiem na ulicę i wskazała mi miejsce przed sobą. Opadłam na siedzenie, mając mętlik w głowie. Zapadła cisza.
    - Pewnie spodziewasz się, że cię wyrzucę ze szkoły. Nie mam zamiaru tego robić, ale muszę ci coś wyjaśnić.
   Popatrzyłam na nią z zaskoczeniem, a jednocześnie zaciekawieniem.
    - Każdy uczeń specjalny, którymi jak narazie jesteś ty i Vivi, ma jakiś ukryty lub wyjawiony talent. U niej jest to kontrola nad sobą i swoją mocą, a u ciebie prawdopodobnie bardzo duża moc. Niestety nie masz nad nią żadnego panowania. Między innymi dlatego nie mogę cię wyrzucić ze szkoły. Mogłabyś zrobić komuś krzywdę, a poza tym dobrze by było, abyś zaprzyjaźniła się z Vivi. Ona nauczy cię kontroli, a ty wyciągniesz z niej moc. A tak oprócz tego profesor Tellerson prosił mnie, bym wysłała cię do niego zaraz po rozmowie ze mną. Narysuję ci mapę, żebyś wiedziała, jak dojść do jego pracowni.
   Uśmiechnęła się pokrzepiająco i rozrysowała mi parę korytarzy. Im dłużej rysowała tym bardziej zastanawiałam się, gdzie znajduje się to całe studio. O ile pamiętałam profesor Tellerson był od alchemii. Ciekawe po co mnie wzywa.
   Dyrektorka skończyła i podała mi naprędce przygotowaną mapę. Poobracałam ją parę razy zanim zorientowałam się, gdzie jest góra, a gdzie dół. Wstałam, podziękowałam i wyszłam.
   Dotarcie na miejsce zajęło mi całkiem sporo czasu. Błądziłam w ciemnych zakamarkach, usiłowałam otworzyć zamknięte drzwi, ale w końcu mi się udało. Pracownia Alchemiczna wyglądała całkiem normalnie, przynajmniej z zewnątrz. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam ślęczącego nad książkami młodego mężczyznę z wyrazem głębokiego skupienia na twarzy. Otaczało go światło, a sama sala alchemiczna była ogromna. Nie wierzyłam, że była zbudowana ludzkimi rękami. Musiała tu być użyta magia. Była zupełnie pusta, tylko jasność i światło. Okna po jednaj stronie wychodziły na pole, którego obok szkoły na pewno nie było. Zwłaszcza, że zupełnie nie było za nimi śniegu.
   Profesor Tellerson popatrzył na mnie i uśmiechnął się. Przywołał mnie ruchem dłoni. Stanęłam obok niego, a on pokazał mi coś w grubej, starej, rozsypującej się księdze. Była tam narysowana jakaś postać wyciągająca coś z narysowanego kręgu. Przypominało mi to, co zrobiłam wczoraj.
    - Zrobiłaś wczoraj coś podobnego, co? Pozwolisz, że zadam ci pytanie. Jak myślisz, czym jest alchemia?
    - Wydaje mi się, że zajmuje się eliksirami.
   Nauczyciel pokręcił głową, jakby się takiej odpowiedzi spodziewał.
    - To jest chemia. Alchemia to sztuka robienia czegoś z jakiegoś materiału. Ty zrobiłaś radio ze śniegu. Nie ma to zbytnio sensu, nieprawdaż? Na tym polega alchemia. To, że bez żadnej wiedzy i bez kręgu zrobiłaś taki przedmiot tak niskim kosztem oznacza, że w późniejszym czasie możesz stać się mistrzem. Co prawda raczej tego nie osiągniesz chodząc do klasy A, ale w tym przypadku... to chyba konieczność. W każdym razie będziesz chodzić do mnie na zajęcia dodatkowe, dzień umówimy w przyszłym czasie. Możesz odejść.
   Słyszałam od Vivi, że profesor Tellerson jest bardzo łagodny, ale w tym momencie był szorstki i oziębły. Uciekłam stamtąd jak najszybciej i udałam się do pokoju.
   Będąc na miejscu rzuciłam się na łóżko i zasłoniłam oczy ręką. Vivi wyglądała, jakby chciała mi coś oznajmić. Siedziała jak na szpilkach, z uporem wlepiając wzrok w okno. Stwierdziłam, że nie będę jej wypytywać. Albo mi powie, albo nie. Wzięłam książkę i zaczęłam ją czytać, zerkając co chwila na przyjaciółkę. W międzyczasie zobaczyłam, że to nowa książka do zielarstwa. Zapytałam o to Vivi, a ona popatrzyła na mnie.

<Vivi?>

piątek, 2 stycznia 2015

Opowiadanie czwarte, ręką Vivi

   Po walce szybko zakończyłam Tryb Maga (jakoś nad tym panowałam). Spojrzałam na nauczycieli stojących w ładnym wianuszku naokoło nas dając im do zrozumienia, że nie potrzebujemy towarzystwa. Podniosłam nieprzytomną Anabelles, która też była już w normalnej formie i wzięłam na barana. Powoli, krok za krokiem, zmierzałyśmy ku budynkowi szkoły. Nie powiem, że było łatwo, sama ledwo trzymałam się na nogach. Jednak trzeba było ją zanieść w bezpieczne miejsce.
   Przez całą drogę odprowadzały nas zaniepokojone spojrzenia nauczycieli, a niektórzy nawet próbowali pytać, co się stało. Ja jednak starałam się zachowywać tak jak zwykle i ignorowałam ich. Minuty zdawały się godzinami, ale w końcu udało nam się dotrzeć pod nasze pokoje.
   Położyłam dziewczynę delikatnie na ziemi i przeszukałam jej kieszenie.Wyczułam ręką kształt klucza i wyjęłam go. Otworzyłam drzwi do pokoju numer 18 i weszłam do środka zostawiając nieprzytomną dziewczynę na korytarzu. Walizka należąca do Anabelles stała tam, gdzie ją ostatnio widziałam, koło łóżka. Nie wyróżniała się niczym specjalnym, zwykła fioletowa walizka. Wzięłam ją i zabrałam do swojego pokoju. To samo zrobiłam z nową uczennicą, która miała zostać moją współlokatorką.
   Gdy już położyłam ją na moim łóżku, zamknęłam drzwi na klucz. Odwróciłam się, a przede mną zmaterializowała się postać dyrektorki. Uśmiechnęła się słabo.
  - Dlaczego jej nie powstrzymałaś? - spytałam po dłuższej chwili.
  - Podejrzewam, że musiała zobaczyć, czym kończy się nadmierna emocjonalność. To samo tyczy się Ciebie, Vivi.
  - Przepraszam. - spuściłam wzrok. - Przypomniała mi się moja matka, nie mam na siebie usprawiedliwienia.
  - Wiem. W takim razie zostawiam ją Tobie. Gdy się obudzi, przekaż jej, że jest Twoją współlokatorką, i że została przydzielona do klasy A. - zakończyła rozmowę profesorka i rozpłynęła się w powietrzu.
   Spojrzałam ponownie na Anabelles i zrozumiałam, o czym mówiła pani dyrektor. Dziewczyna płakała przez sen. Patrzyłam na nią mętnym wzrokiem przez chwilę i zaczęły mi drżeć ręce. Zdawałam sobie sprawę z tego, że cała ta sytuacja była spowodowana moim brakiem umiejętności kontroli nad własnymi emocjami.
   Postanowiłam czymś się za to odwdzięczyć Anabelles. Otworzyłam jej walizkę i zaczęłam powoli przekładać ubrania do wspólnej szafy. Odstąpiłam połowę miejsca zazwyczaj przeznaczonego dla mnie. Gdy już skończyłam, zauważyłam, że tych obrań jest niesamowicie mało, więc dołożyłam również kilka swoich. Miałam nadzieję, że będą na nią pasować. Gdy już wszystko skończyłam, przebrałam się w pidżamę i położyłam na starym, wyciągniętym z szafy futonie. Jeszcze przez jakieś pół godziny myślałam, co by tu zrobić, aż w końcu zasnęłam.

~

   Kiedy otworzyłam oczy, pierwszym, co zobaczyłam była stopa Ann, która w nocy chyba upodobała sobie mój nos jako podpórkę. Delikatnie przełożyłam ją na łóżko i spojrzałam na zegarek. Była 6.48. Miałam jeszcze sporo czasu do rozpoczęcia lekcji, ale i tak miałam wrażenie, że jest zbyt wiele rzeczy do zrobienia.
   Do 6.50 zastanawiałam się, co zrobić najpierw. W decyzji pomógł mi leżący na biurku mundurek, dodatkowe materiały i przybory do szycia. Zorientowałam się, że Anabelles nie ma mundurka. Nie myśląc nawet o tym, skąd wzięły się wszystkie potrzebne przybory, zaczęłam na oko przerabiać swój drugi mundurek tak, by pasował na nową uczennicę. Zajęło mi to prawie godzinę, ale uwinęłam się w czasie. Nie wyglądało to cudownie, ale dopóki nie kupimy nowego mundurka powinno starczyć.
   Zaczęłam się więc sama ogarniać. Naprędce uczesałam włosy i ubrałam mundurk, po czym popędziłam do kawiarenki. No, jak raz umiałam się pospieszyć (podziw dla mnie!). Przypomniałam sobie, że Ann wykupiła całą kawę, więc wzięłam dwa kubki gorącej czekolady. Zabrałam też trochę ciasteczek z wystawy, obiecując sobie, że postaram się za nie zapłacić, póki pan George się o tym nie dowie. Wróciłam naprędce do pokoju i postawiłam zaimprowizowane śniadanie na biurku. Sama wzięłam tylko kubek czekolady.
   Potrząsnęłam ramionami Anabelles, żeby się obudziła. Była już 8.30, powinnyśmy się spieszyć.
  - Co jest..? - spytała zaspana.
  - Szybko, uczesz się i przebierz. Za pół godziny mamy lekcje.
  - Już chodzę do jakiejś klasy? - spytała.
  - Tak, do A, razem ze mną. Szybko, nie chcę się spóźnić.
  - Dobra...~ 
   Kiedy już raczyła się ogarnąć, zobaczyła śniadanie. Wzięła ciasteczko i kubek czekolady.
  - Skąd to się wzięło?
   Zorientowałam się, że moja czekolada zaczęła stygnąć. W jakim więc stanie była ta należąca do Ann? Postarałam się ukryć twarz we własnym kubku.
  - Kiedy wstałam, to już tu było... - wybulgotałam.
<Anabelles?>

Opowiadanie trzecie, ręką Anabelles

   Szczerze mówiąc to nie spodziewałam się, że Vivi padnie po przywaleniu nią o drzwi, ale ja też nie byłam bez winy. Spodziewałam się, że wyłamie drzwi samym ciężarem swojego ciała? Co we mnie na Szatańskie płomienie wstąpiło?
   Zostawiłam dziewczynę pod opieką jej opiekunki i pobiegłam przed siebie korytarzem. Wypadłam na zewnątrz trzymając rękę na ustach. Padłam na śnieg i łzy popłynęły wartkim strumieniem z moich oczu. Nagle zaczęło mi się wydawać, że krwawię. Przetarłam powieki, a na moim ramieniu została długa, czerwona smuga. Zaczęłam się cofać. To zwidy? Nie miałam pojęcia, co się ze mną dzieje, aż wszystko ustąpiło. Poczułam dziką, nieokiełznaną moc wędrująca moimi członkami, od stóp do głowy. Wzrok mi się przejaśnił, zyskując wiele szczegółów. Popatrzyłam na mój strój, który zmienił się na krótki top w paski, oraz białą bluzę. Do tego miałam na sobie ciemnoróżową minispódniczkę w kratkę, białe zakolanówki i różowe buty na koturnie. Czułam się świetnie i dobrze wiedziałam, co się stało. W jakoś sposób aktywowałam tryb maga.
   Wstałam i pewnym krokiem ruszyłam w stronę wejścia. To nie byłam ja, jakby lepsza część mnie przejęła nade mną kontrolę. Pchnęłam drzwi z buta i weszłam do środka jak lord. Byłam niebezpieczna i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Wyciągnęłam ręce przed siebie i zapłonął w nich różowy ogień. Uśmiechnęłam się złośliwie. Wpadł mi do głowy pewien pomysł.
   Obcasy moich butów stukały na lśniącej podłodze. W szkole było ciepło, więc zdjęłam bluzę. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno, a przez wysokie weneckie okna widać było tylko śnieżycę. Idealna sceneria na takie... wydarzenie. Poszłam do pokoju Vivi, a gdy otworzyłam drzwi z rozmachem, zobaczyłam siedzącą przy jej łóżku dyrektorkę. Zaśmiałam się pogardliwie i jednym ruchem ręki uwięziłam ją w twardej jak skała powłoce z gumy balonowej. Wzięłam nieprzytomną dziewczynę za ramiona i powlokłam na zewnątrz. Zamierzałam jeszcze bardziej splamić ją...i moje nazwisko. W końcu śmierć spod kubka z kawą nie jest taka zła, co nie?
   Zawlokłam Vivi do kawiarni i posadziłam na krześle. Zamówiłam z automatu kubek z kawą, ale kiedy wyciągnęłam po niego rękę, był ledwo ciepły. Skrzywiłam się i użyłam mocy gwiazdy, by ją podgrzać. Zamieniłam ją we wrzątek. Zamawiałam napój aż na stoliczku przede mną nie stało piętnaście pełnych kubków. Wtedy się ocknęła.
   Nie miałam pojęcia, co się stało. Dziewczyna w jednaj sekundzie znalazła się przede mną, ściskając w dłoniach łańcuchy przyczepione do czegoś jakby bransoletek na nadgarstkach. Widziałam, że też jest w trybie maga. Spróbowała związać mnie nimi, ale odskoczyłam na parę metrów. Miałam idealną kontrolę nad moimi członkami. Uśmiechnęłam się i podbiegłam do dziewczyny. Złapałam ją za rękę i wyciągnęłam na zewnątrz. Mróz szczypał nasze twarze. Pochyliłam się i kosztem paru metrów kwadratowych śniegu zyskałam odtwarzacz muzyki. Vivi patrzyła na mnie tylko nierozumiejącym wzrokiem. Puściłam z niej płytę z Leaf Hero i jakąś bitewną. Bo czemu by się walką nie pobawić? Wskazałam dziewczynie miejsce po drugiej stronie pola walki, za które uważałam odśnieżoną część. Wzniosłam w powietrze parę światełek, które wyczarowałam i uśmiechnęłam się. Wszystkie alarmy krzyczały, że jestem idiotką, ale uciszyłam je gniewnie. To przecież tylko zabawa! I tak ją zabiję. Dziewczyna zajęła pozycję i zamachnęła się łańcuchami. Wywołałam w dłoniach moją broń, różowy płomień. Wzniosłam ręce, a ona łańcuchy. Walka się rozpoczęła.
   Rzuciłam w nią ogniem. Uchyliła się i rzuciła we mną łańcuchami. Zawiązały się wokół mojej kostki. Przyciągnęła mnie do siebie i zdziwiła się, gdy zobaczyła uśmiech rozświetlający moją twarz. Przypaliłam jej włosy. Krzyknęła i dała mi po twarzy ciężkim łańcuchem. Skrzywiłam się i uwolniłam nogę. Odskoczyłam na drugi koniec pola. Nauczyciele wybiegli przez drzwi wejściowe, ale postawiłam barierę wokół nas. Podbiegłam do Vivi, ale była gotowa. Zawiązała łańcuch wokół mojej talii i z całej siły pchnęła w ziemię. Całe powietrze uciekło z moich płuc, a w oczach pokazały się łzy. Myślała, że mnie tym znokautowała, ale podniosłam się z trudem i wyszeptałam dwa słowa.
    - Harren Simta.
   Dziewczyna stanęła jak wryta. Zaśmiałam się chicho i kaszlnęłam krwią. Podeszłam do niej z trudem, oparłam się na sztywnym ramieniu i popatrzyłam głęboko w złote oczy. Widziałam jej cierpienie wypisane na twarzy. Po chwili zaklęcie przestało działać i obie padłyśmy na ziemię. Oparłyśmy się o siebie, oddychając ciężko.
     - Widzisz...? Wygrałam... - wycharczałam, po czym padłam nieprzytomna na ledwo żywą dziewczynę.

<Vivi? Nie wiem jak to dokończysz, ale liczę na ciebie... > 

Opowiadanie drugie ręką Vivi (CD Anabelles)

  - Szczerze mówiąc, to zazwyczaj spędzam czas tutaj. - powiedziałam pociągając kolejny łyk kawy z automatu. Nie była pyszna, ale dało się znieść. Ledwo.
  - Nigdy nie byłaś na żadnej potańcówce? - spytała z miną pobitego szczenięcia.
  - Nie miałam okazji. Wolę siedzieć w pokoju.
  - Właśnie! Nie byłam u Ciebie w pokoju! Gdzie jest?
  - Mam pokój obok Ciebie, aczkolwiek jest dokładnie taki sam jak Twój. - stwierdziłam.
   Poniekąd było to kłamstwem. Zamieszkałam tutaj na stałe jakiś czas temu, więc zdążyłam nasprowadzać tam mnóstwo rzeczy. Głównie gadżetów mangowych i książek dotyczących słodyczy i kawy. No i, nie chciałam, żeby weszła mi do pokoju. Nie wiem dlaczego.
  - No bez przesady, to raczej niemożliwe. Każdy pokój wygląda inaczej! - uśmiechnęła się i przylgnęła do mojego ramienia.
   Stałyśmy tak przez chwilę, bo nie zrozumiałam, o co jej chodzi. Później przypomniałam sobie, że miałyśmy się zapytać Cassandry o poziom magiczny, z którym kończy się szkołę. Zaczęłam więc iść z Anabelles uwieszoną na ręce.
   Droga do gabinetu dyrektorki była dość prosta. Przechodziło się koło pokoi mieszkalnych, szło schodami na górę i skręcało w lewo do trzecich drzwi od prawej. Kłopoty zaczęły się na pierwszym wymienionym podpunkcie. Przechodziłyśmy koło pokoju numer 19, który okupowałam od kilku lat, aż poczułam mocny nacisk na rękę, którą zajmowała Ann.
  - Odwiedzimy Twój pokój! - zawołała z bananem na twarzy.
   Uderzyłyśmy o zamknięte drzwi, a na wpół jeszcze wypełniony kubek z kawą wylał mi się prosto na mundurek. Obydwie upadłyśmy na ziemię. Anabelles spojrzała na mnie, po czym odsunęła się na odległość dwóch stóp.
  - Przepraszam! Naprawdę przepraszam! Nie chciałam! - powiedziała przykładając czoło do podłogi.
   Patrzyłam się na nią tylko, bo niezbyt ogarnęłam sytuację. Często mi się to zdarza.
   Spojrzałam na swoją kamizelkę i zauważyłam wsiąkającą już w granatowy materiał ciemną plamę. Potem poczułam ciepło i zorientowałam się, że kawa mi się wylała. Spojrzałam ponownie na dziewczynę. Twarz znowu jej się śmiała. Właściwie, to ona cała się śmiała.
  - Dopiero się zorientowałaś? - spytała między salwami serdecznego śmiechu. - Naprawdę nie jesteś kumata...
   W tej chwili zorientowała się, co powiedziała i spuściła wzrok. Ja zrobiłam dokładnie to samo. Łzy stanęły mi w oczach. Wróciły wspomnienia. Mama mówiąca dokładnie te same słowa powalana przez tłum ludzi...
   Przez wizję przebiły się dwa głosy. Jeden niedawno poznany, czyli Anabelles. Chyba pytała, czy nic mi nie jest. Ale to ten drugi wyrwał mnie z pół-snu. Podniosłam głowę i ujrzałam przed sobą Cassandrę, dyrektorkę naszej szkoły. Rozpłakałam się do reszty i przytuliłam się do niej. Wbiłam paznokcie w lewy nadgarstek.
  - Już, spokojnie... - powiedziała profesorka łagodnie. - Ty jesteś Anabelles, tak? Vivi chyba zdążyła pokazać Ci Twój pokój, więc bardzo proszę, poczekaj w nim chwilę.
   W ostatnim przebłysku świadomości zobaczyłam twarz Anabelles, która nie wyrażała chęci zostania w swoim pokoju. Potem poczułam dotyk ręki Cassandry na czole i usnęłam.
<Anabelles?>

Opowiadanie pierwsze, ręką Anabelles

   Poprawiłam czapkę na głowie, mrugając z trudem. Śnieg osiadał się na moich rzęsach. Pod moimi butami skrzypiał biały puch, gdy szłam ścieżką w stronę okrągłego gmachu szkoły. Walizka wlokła się za mną, ciągnięta przez słabą rękę. Podeszłam do drewnianych drzwi i pchnęłam je barkiem. Wtachałam bagaż i westchnęłam. Wejście trzasnęło, odcinając dopływ zimnego, zimowego powietrza.
   Ruszyłam korytarzem na wprost siebie. Wnętrze akademii wyglądało bardzo staro. Największe wrażenie zrobił na mnie ogromny żyrandol, złożony z paru tysięcy przeźroczystych kryształków. Uśmiechnęłam się do siebie, ciesząc się z nowej szkoły. W końcu przestałam się zachwycać wnętrzem i rozejrzałam się niepewnie wokoło. W środku nie było żywej duszy. Tak mi się przynajmniej zdawało, dopóki nie natrafiłam wzrokiem na perę zamglonych, niebieskich oczu. Wzdrygnęłam się, ale zrobiłam dobrą minę do złej gry, by dziewczyna nie zdała sobie z prawy z tego, że się przestraszyłam.
    - Cześć. Wiesz może, gdzie są wszyscy?
   Wyciągnęła z kieszeni i pokazała mi ekran telefonu. Była 17:34.
    - Jak myślisz, kto siedziałby do takiej godziny w szkole?
   Roześmiałam się nerwowo. Ona mnie przerażała, w swój spokojny, wręcz zmulony sposób. Spróbowałam się uśmiechnąć, ale wyszedł mi z tego raczej grymas. Mimo tego postawiłam bagaż na marmurowej posadzce i podeszłam do niej.
    - Jestem Anabelles. 
   Wyciągnęłam rękę. Przez pół minuty tylko gapiła się na nią jak na obrazek, zanim zajarzyła o co mi chodzi. Podała mi swoją.
    - Vivi. A tak w ogóle to mam cię zaprowadzić do pokoju.
   Skinęłam, usiłując przekonać swoje ręce do przestania się trząść. Wzięłam walizkę i ruszyłyśmy półkolistymi korytarzami. Mijałyśmy po drodze klasy i tajemnicze pokoje bez tabliczek. Przyglądałam im się z ciekawością.
   Po pewnym czasie doszłyśmy do wąskiego korytarza, kończącego się czerwoną, ciężką zasłoną. Ostatnie drzwi nosiły numer 20. Mój pokój był przed przedostatnim. Vivi z pęka kluczy wybrała jeden, szybkim ruchem zręcznych palców wyciągnęła go i wsadziła w zamek. Przekręciła klucz i otworzyła przede mną pomieszczenie.
   Nieskazitelnie białe zasłony zasłaniały okno na ogródek. Obok mieściły się szklane drzwi na werandę. Łóżko przykryte niebieską pościelą stało w prawym rogu, tuż przy ścianie. Spora komoda z mahoniowego drewna przystawała do biurka z takiego samego materiału. Ogólnie rzecz biorąc pokój był mały, ale nie przytłaczał swoim rozmiarem. Było w nim wszystko, co potrzebne. Rzuciłam bagaż w pustą przestrzeń między łóżkiem i ścianą od strony ogrodu. Zdjęłam kurtkę, czapkę i zmieniłam buty na wysokie, wiązane buty z tkaniny. Odwróciłam się do czekającej na moją reakcję Vivi i uśmiechnęłam się szeroko.
    - Jest tu jakieś miejsce, w którym można spokojnie pogadać?
   Skinęła głową i machnęła na mnie ręką. Ruszyłam za nią, spoglądając w jej lekko zgarbione plecy. Była niższa ode mnie, ale nie byłam pewna wieku mojej nowej znajomej. Między innymi dlatego chciałam pogadać. Nie miałam zielonego pojęcia, w której jestem klasie, a także czy nie zapowiadają się w najbliższym czasie jakieś potańcówki.
   Gdy szłyśmy próbowałam zdobyć się na odezwanie. Przy nikim innym wcześniej nie towarzyszyło mi to uczucie... spokoju, ale jednocześnie jakiegoś dziwnego rodzaju niepokoju. Po chwili zrezygnowałam z ponurych przemyśleń i stwierdziłam, że od dzisiaj zacznę żyć chwilą.
   Doszłyśmy do małej sali z niskim sufitem, utrzymanej w odcieniach różu i kremowego. Vivi poprowadziła mnie od jednego ze stolików, jak mi się wydawało, szkolnej kawiarni. Usiadłyśmy. Nie dałam jej chwili wytchnienia, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o niej, o szkole, o nauczycielach. Otworzyłam już usta, aby zacząć pytać, ale dziewczyna uprzedziła mnie.
    - Jak chcesz się dowiedzieć jaki masz plan lekcji, to zobacz na tablicy ogłoszeń w głównym holu.
   Uśmiechnęłam się z przekąsem.
    - Tyle, że ja nawet nie wiem do której klasy będę chodzić.
   Popatrzyła na mnie wzrokiem godnym seryjnego mordercy. Zaśmiałam się mimo tego, że ją zirytowałam.
    - Przede wszystkim, to mamy w szkole cztery typy klas - A, do której chodzę ja, specjalizuje się w trybie maga i czarowaniu. B jest od leczenia i ogóle defensywy. C to alchemicy, a D to niezdecydowani albo utalentowani we wszystkim, ale zajmują się zielarstwem.
   Pokiwałam głową w zamyśleniu. Zastanawiałam się nad A, B, albo C. Po chwili namysłu odpadło B. A albo C.
    - Kto jest wychowawcą klasy A, a kto C? - spytałam, nadal zastanawiając się nad odpowiedzią.
    - A ma profesor Liar. Cassandra Liar. A jeżeli chodzi o C, to wychowawcą jest Nativoth Tellerson. Szczerze mówiąc to go nie lubię. Ale wiesz, nie musisz wybierać teraz. Możesz pochodzić do różnych klas na różne zajęcia i zobaczyć, w czym chcesz się specjalizować.
   Wtedy przypomniała mi się pewna sprawa, o którą chciałam ją wypytać.
    - Jaki poziom magiczny ma się pod koniec szkoły?
   Zadumała się, po czym pokręciła głową.
    - Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Trzeba by zapytać. Poczekaj tu chwilę.
   Dziewczyna podeszła do automatu z gorącymi napojami i wystukała coś na małym ekranie. Odwróciła się do mnie zapytała, czy też coś chcę. Poprosiłam o gorącą czekoladę i już po chwili siedziałyśmy pijąc napoje. Pomimo jej zmulenia lubiłam ją. Miałam wrażenie, że możemy zostać przyjaciółkami.
   Spojrzałam na ekran telefonu. Było już po osiemnastej.
    - Jest tu coś, co można robić w wolnym czasie? - zapytałam, pozostawiając Vivi kontrolę nad zabawą tego wieczora.

<Vivi?>